Bajka o miłości



Oglądasz wersję archiwalną tematu "Bajka o miłości" z forum www.zaburzenia.pl/forum/





Strona 2 z 21, 2


Literka - Pon 18 Cze, 07 18:31

Dostałem ta wiadomość i dotarło do mnie, ze właśnie w taki sposób jak Michał staram się postępować, ale czasem nie udaje mi się tak dobrze jak jemu

Przeczytaj tę historię. Wczuj się w nią mocno. I wtedy zadecyduj jak zaczniesz jutrzejszy dzień. Michał jest takim człowiekiem, za którym raczej się nie przepada. Jest zawsze w dobrym humorze i zawsze ma coś pozytywnego do powiedzenia. Zapytany jak się czuje odpowiedziałby: "Gdyby było lepiej, już bym chyba nie wytrzymał!". Był naturalnym motywatorem. Jeśli jakiś pracownik miał zły dzień, Michał zawsze radził mu jak znaleźć pozytywną stronę tej sytuacji. Widząc to, bardzo mnie to zaciekawiło.

Pewnego dnia podszedłem więc do Michała i spytałem go:
-Nie rozumiem. Nie można być tak pozytywną osobą przez cały czas. Jak ty to robisz?

Michał odpowiedział:
-Każdego ranka, gdy się budzę mówię
sobie -"Michał, masz dzisiaj dwie możliwości - możesz mieć dobry humor albo możesz mieć zły humor".
I wtedy wybieram dobry humor. Za każdym razem, gdy wydarza się coś niedobrego, mogę wybrać albo bycie ofiarą albo wyciągnąć z tego jakąś lekcję dla siebie. I wybieram wyciągnięcie lekcji. Za każdym razem, gdy Przychodzi ktoś do mnie ponarzekać, mogę wybrać zgodzenie się z nim albo pokazanie mu pozytywnej strony życia. I wtedy wybieram pokazanie mu tej pozytywnej strony."
-Zaraz, to nie jest takie proste! - zaprotestowałem.
-Ależ tak, to właśnie takie jest." - odpowiedział Michał. -Życie polega na wyborach. Każda sytuacja jest wyborem. Ty sam wybierasz jak zareagujesz na daną sytuację. Ty wybierasz, jaki wpływ mają ludzie na twoje samopoczucie. To ty wybierasz bycie w dobrym albo złym humorze. Mówiąc krótko - to twój wybór, jak wygląda twoje życie. Zapamiętałem, co powiedział mi wtedy Michał. Krótko potem opuściłem firmę, w której wtedy pracowałem i otworzyłem swoją własną. Straciliśmy kontakt ze sobą, ale często przypominałem sobie Michała, gdy dokonywałem wyborów w moim życiu, zamiast tylko reagować na zmiany sytuacji. Kilka lat później dowiedziałem się, że Michał miał poważny wypadek. Spadł z rusztowania z wysokości prawie 20 metrów. Po 18-godzinnej operacji i wielu tygodniach rehabilitacji Michał został zwolniony ze szpitala z wszczepionymi w plecy metalowymi prętami. Spotkałem się z nim około 6 miesięcy po wypadku. Kiedy spytałem jak się czuje odpowiedział:
-Gdyby było lepiej już bym chyba nie wytrzymał!
Chcesz zobaczyć moje blizny?"
Nie chciałem, ale zapytałem o czym myślał w chwili wypadku

-Pierwsze, co mi przyszło do głowy to moja córka, która niedługo miała się urodzić. - odpowiedział Michał .
-Później, gdy już leżałem na ziemi, pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: mogę wybrać -żyć albo umrzeć. Wybrałem życie.

-Nie byłeś przerażony? Nie straciłeś przytomności?" -spytałem.

Michał kontynuował:
-Moi znajomi byli wspaniali. Mówili mi, że wszystko będzie dobrze. Aż do momentu, kiedy zawieźli mnie do szpitala i zobaczyłem twarze lekarzy i pielęgniarek - wtedy naprawdę się przeraziłem.
W ich oczach wyczytałem - "ten facet już nie żyje".
Wiedziałem, że muszę coś zrobić."
-I co zrobiłeś?" - spytałem.

-Była tam taka duża, tęga pielęgniarka wykrzykująca różne pytania do mnie.
- opowiadał dalej Michał . Spytała, czy jestem na coś uczulony. "Tak" -odpowiedziałem.
Lekarze i pielęgniarki przestali pracować, czekając na moją odpowiedź. Wziąłem głęboki oddech i krzyknąłem "Grawitację".

Oni zaśmiali się, a ja powiedziałem - "Wybieram życie. Operujcie mnie jak żywego, a nie jak martwego."

Michał przeżył dzięki umiejętnościom lekarzy, ale również dzięki swojej niesamowitej postawie. Nauczyłem się od niego, że codziennie możemy żyć pełnym życiem. To nasz wybór. Postawa jest wszystkim. Warto korzystać z życia na maxa czerpać je pełnymi dłońmi i nie przejmować się głupotami!!!!!!!!

Masz teraz dwie możliwości:
1. Wyrzucić tę historię i zapomnieć.
2 . Opowiedzieć ją ludziom, na których ci zależy.
Ja wybieram drugą .


zuza - Pon 18 Cze, 07 18:40

[b]Literka[/b], czytałam już to opowiadanie kiedyś, jest bardzo fajne
Literka - Pon 18 Cze, 07 18:43

ja tez...
ale ze ladne to sie podzielilam

zero off

joey - Pon 18 Cze, 07 18:43

jest super

Miśka - Pon 18 Cze, 07 19:29

[b]Literka[/b] ja tez wybieram drugą możliwość
Rita - Sob 28 Lip, 07 17:07

BAJKA O NADZIEI

[b]Choćbyś został sam, choćbyś nie umiał żyć, wierzę, że odmieni Cię nadzieja...[/b]

W pięknej dolinie, u stóp cudownych, zalanych słońcem gór była tętniąca śpiewem i radością wioska. Dolina odgrodzona była od świata z jednej strony pasmem pięknych gór, z drugiej strony wąską, ale bardzo rwącą rzeką. Ludzie, którzy w niej żyli byli naprawdę zadowoleni z życia, żyjąc z uprawy winogron. Winnice cudnie wypełniały całą dolinę i wydawało się, że stanowią cel i sens życia jej mieszkańców. Wiele trudu i pracy trzeba było włożyć w wielkie przestrzenie wypełnione krzewami.

Każdej wiosny ludzie z drżeniem serca witali pierwsze promienie słońca - czy już na stałe zagości w dolinie, czy będzie dość łaskawe, by ogrzewać delikatne pąki rodzących się do życia krzewów. Latem z pewnym niepokojem patrzyli na słońce, czy nie spali zbytnio swymi promieniami ziemi, w której płynęły życiodajne soki, czy będzie wystarczająco dużo deszczu by nadać soczystej barwy liściom, by rośliny miały siłę do życia. Wczesną jesienią konieczne było chronienie owoców przed nagłymi atakami mrozu schodzącego czasami niespodziewanie z wysokich gór. Dzień zaczynał się w wiosce od pełnego niepokoju spojrzenia na winnicę i kończył otarciem potu po zakończonej pracy na polu. Uprawa winorośli była wszystkim, co ludzie ci mieli, co sprawiało, że żyli...

Pewnego jesieni w wiosce wybuchł wielki pożar, który spalił wszystkie uprawy i wszystkie domy, spalił też mosty na rzece. Wielu ludzi zginęło w pożarze, a ci, którzy ocaleli, nie zdecydowali się na odbudowywanie swoich domów, zbyt wiele bólu wiązało się z tym miejscem, uprawy wypalone były do korzeni... Spalona dolina pokryta była popiołem, pełna zgliszczy, wydawało się, że zamarło w niej życie...

Jednak pozostał w niej mały chłopiec, którego rodzice dawno zmarli i byli pochowani na miejscowym cmentarzu. Nikt o nim nie pamiętał wszyscy zajęci byli własnymi stratami i bólem, więc w końcu został w opuszczonej dolinie sam. Nie bardzo miał dokąd iść, bo tu było wszystko, co kochał i co było dla niego ważne. Z trudem przetrwał zimę dzięki zapasom, które wygrzebał spod ruin zwalonych domów. Pewnego wiosennego poranka, kiedy udał się na poszukiwanie pożywienia zobaczył kilka zielonych listków nieśmiało wyrastających z ziemi na tuż przy zboczu góry. Z drżeniem serca i z drżącymi z radości, ale i niepewności dłońmi podszedł do tego cudu wynurzającego się z ziemi - ku jego radości liście okazały się być liśćmi winorośli! Ogień nie strawił wszystkiego, pozostał korzeń, była to szansa na odbudowanie kawałka winnicy. Jakże cieszył się tym wyrastającym z ziemi, bezbronnym i delikatnym krzewem. Jego oczy nabrały blasku, w sercu zaświtała nadzieja. Chłopiec od razu oczyścił przestrzeń wokół drobnej roślinki i zaczął się nią opiekować, postanowił wybudować wysoki i gruby mur wokół swojego kawałka ziemi, by nigdy już żaden ogień nie mógł mu zagrozić.

Jedyne, co do tej pory umiał, to uprawa winnic, był rolnikiem a nie budowniczym, nie znał się na budowaniu murów. Na brzegu rzeki znalazł starą łódkę, postanowił udać się do ludzi mieszkających po drugiej stronie rzeki i kupić od nich cegły i zaprawę murarską. Nie miał pieniędzy, więc postanowił nająć się jako ogrodnik i pomagać ludziom w uprawie ich roślin. Każdego dnia chłopiec przemierzał rwącą rzekę w swej małej łódeczce by pracować w ogrodach innych ludzi i za zarobione pieniądze kupować cegły na mur chroniący jego winnicę. Zaprzyjaźnił się też z ludźmi z wioski, wspólna praca bardzo ich do siebie zbliżyła.

Jednocześnie rozpoczął mozolną pracę w swoim ogrodzie, rozsadzał krzewy, przygotowywał kolejne kawałki ziemi pod uprawę, mozolnie budował mur cegła po cegle, by chronić winnicę na wypadek pożaru. Jednak ciężka praca i pokonywanie rwącej rzeki małą łódką powoli wyczerpywało jego siły, tak, że czasami po powrocie z wioski nie miał już siły na pracę w swoim ogrodzie, jedynie na ułożenie kolejnej warstwy przywiezionych cegieł. Zaczął zaniedbywać swoją winnicę, za to ogrody ludzi, w których pracował, piękniały z tygodnia na tydzień. Ludzie, dla których pracował bardzo go polubili z troską patrzyli na jego zmęczone, spracowane ręce i na oczy, które zdawały się tracić swój blask... Pewnego dnia stary ogrodnik, któremu pomagał w pracy w ogrodzie zapytał, co go trapi. Chłopiec opowiedział staruszkowi, że brakuje mu sił i czasu na pracę we własnej winnicy, stary ogrodnik z pięknym i szczerym uśmiechem zaproponował mu pomoc. Chłopiec ucieszył się, ale potem ze smutkiem zauważył, że jego łódka jest za mała na to, by przewieźć ich obu na drugi brzeg, a inaczej nie można się było tam dostać.

Ze spuszczoną ze zmęczenia i smutku głową podszedł do brzegu rzeki, z dala widać było piękny, wysoki mur, który chronił jego winnicę. Jakże był majestatyczny na tle zachodzącego słońca! Gdyby tylko na rzece zbudować most? No tak, most, ale skąd wziąć budulec, skąd wziąć cegły... Jakie to proste! Przecież cegieł, na które zapracował wystarczyłoby na solidny most, przecież mógł rozebrać mur i poprosić ludzi z wioski by pomogli mu w budowie mostu, by pomogli mu w pracy przy odbudowywaniu jego winnicy...

[b]Wszystko co robimy, czego się podejmujemy, każda myśl i każdy talent w nas złożony są jak cegły - tylko od nas zależy czy użyjemy ich do budowania murów, które odgrodzą nas od ludzi i od miłości, czy użyjemy ich do budowania mostów, które pozwolą czasami przejść do drugiego człowieka, przekroczyć trudną i rwącą rzekę, które pozwolą innym przychodzić do nas... [/b]
Agnieszka Kozak
z http://www.psychologia.net.pl

zuza - Sob 28 Lip, 07 20:26

[b]Rita[/b], śliczne
Rita - Nie 29 Lip, 07 06:37

[quote="zuza"]Rita, śliczne [/quote]
cieszę się Zuziu, że ci się podoba.Znalazłam jeszcze jedną, która też mi się bardzo podoba, tej samej autorki Pani dr Agnieszki Kozak.Więc też tutaj dla Ciebie i dla wszystkich ją wkleję.
I nawet taką o Zuzi, wiewiórce Zuzi mnie ta bajka kojarzy się z terapią jakoś tak
[b]Wiewiórka Zuzia i jeżyk[/b]
W pięknym lesie mieszkała sobie mała wiewiórka Zuzia. Miała swoją przytulną mała dziuplę w pięknym starym dębie niedaleko małej polanki. Najbardziej Zuzia lubiła piękną kolorową jesień, pełną cudownych, pachnących słońcem pomieszanym z ciepłym deszczem, liści. Jesień w tym lesie miała w sobie coś magicznego, budziła w żywej i wiecznie aktywnej Zuzi jakąś dziwną, niewypowiedzianą tęsknotę...

Pewnego razu Zuzia usłyszała niespokojny szelest liści tuż pod swoim drzewem. Szybko zbiegła na dół i zobaczyła małą najeżoną igiełkami kulkę, która w ogóle się nie poruszała - pomyślała, że to wiatr przywiał tutaj tę kulkę, przyjrzała się jej przez chwilę, po czym wróciła do swojej dziupli. Po jakimś czasie szelest liści powrócił, a wraz z nim słychać było ciche pojękiwanie. Szybciutko zbiegła na dół - nie zobaczyła nic nowego, poza kolczastą kulką - czyżby to z niej wydobywały się ciche pojękiwania? Zuzia postanowiła zatrzymać się na dłuższą chwilę przy kulce. Siedziała cichutko, prawie bez ruchu, wsłuchana w bicie swojego serduszka. Po dłuższej chwili, kiedy łapki zaczęły jej drętwieć zobaczyła, że kulka powoli się otwiera i wynurza się z niej mały czarny nosek i bystre oczka, Zuzia aż podskoczyła z zaskoczenia - niestety kula natychmiast się zwinęła, pojękując z cicha. Zuzia odkryła, że kulka jest żywa! To nie była kolczasta piłka, którą przywiał wiatr, ale jakieś stworzenie, które samo tu przydreptało, ale z jakiegoś powodu nie mogło poruszać się dalej i teraz leżało skulone, chcąc się schować przed innymi.

Zuzia bardzo chciała poznać to zwierzątko, ale czuła też, że jest bardzo przestraszone, skoro tak zwija się całe w kłębek, kiedy podeszła bliżej wyczuła, że stworzenie całe drży. Chciała mu jakoś pomóc, dodać otuchy, przytulić i powiedzieć, że nie musi się bać jej, Zuzi! Ale było tam mnóstwo małych igiełek, które chroniły dostępu do stworzonka. Postanowiła uzbroić się w cierpliwość - słowo jej obce, bo zawsze była żywą i lubiącą szybko działać wiewiórką. Pobiegła do swojej dziupli i przyniosła z niej trochę mleka w skorupce od orzeszka i położyła je w odległości około metra od stworzonka. Głośno powiedziała, że to mleko dla niego i pobiegła do swoich przyjaciół. Kiedy wróciła następnego dnia skorupka po mleku była opróżniona, a zwierzątko było nadal zwinięte w tym samym miejscu, leciutko zadrżało słysząc szelest liści i zbliżającą się Zuzię. Znowu przyniosła mleko i nalała go do skorupki - kiedy wróciła mleko było wypite, a skorupka była przysunięta do zwierzątka na wyciągnięcie jego małej łapki. Zuzia kolejnego dnia nalała znowu mleka i położyła orzeszka blisko nowego przyjaciela, kiedy przyszła do niego wieczorem zaśpiewała mu kilka ulubionych kołysanek, które śpiewała jej mama i zapewniła, że jeśli stworzonko czegoś potrzebuje, to ona mu chętnie pomoże, ale sama się nie domyśli... Martwiło ją delikatne pojękiwanie zwierzątka...

Po tygodniu jej cierpliwość została wynagrodzona - kiedy przyszła z mlekiem o zwykłej porze, zobaczyła małe bystre oczka z niepokojem wpatrujące się w opiekunkę, delikatnie i powoli podeszła do jeżyka (od przyjaciół dowiedziała się, że takie zwierzątko to jeżyk) i zapytała go czy coś go boli. Jeżyk odsłonił swój miękki brzuszek, na którym nie było kolców. Zuzia aż podskoczyła, gdy zobaczyła paskudny, ropiejący cierń poniżej małego bijącego serduszka jeżyka. Musiał tam być bardzo długo, a jeżyk miał za krótkie łapki, by go dosięgnąć i wyciągnąć, poza tym liczył, że może cierń sam się wysunie, jeśli będzie długo chodził po szeleszczących liściach i miękkim mchu w lesie... Niestety nic to nie dało, a rana wokół ciernia ropiała i bolała coraz bardziej, a on czuł się coraz bardziej samotny, pozostając ze swoim bólem. Zuzia była wstrząśnięta tym co zobaczyła - jeżyk, który tak dobrze chronił się przed światem za pomocą swoich kolców - krył pod nimi paskudną ropiejącą ranę, która powodowała ogromny ból. Nikt nie mógł mu pomóc, bo wszyscy podchodząc za blisko musieli sami doświadczyć bólu dotykając jego kolców, nikt więc nie wiedział, co kryje w środku kolczasta kulka.

[u]Postanowiła mu pomóc - przyniosła ciepłą wodę, opatrunki i delikatnie, ale stanowczo zabrała się do pracy. Wiedziała, że wyciągnięcie ciernia będzie bardzo bolało, ale też wiedziała, że tylko wyczyszczenie rany i wyrzucenie tego paskudztwa pozwoli jeżykowi znowu swobodnie biegać po lesie.[/u] Wiewiórka zacisnęła zęby, zaparła się łapkami i wyciągnęła cierń! Jeżyk zaskowytał z bólu i zemdlał. Zuzia okropnie się wystraszyła, ale zebrała się w sobie i przemyła ranę, z której sączyła się stara, brudna krew i ropa. Wyciągnięcie ciernia było dopiero początkiem zdrowienia - rana była stara i bardzo głęboka, potrzebowała czasu, by się oczyścić, potrzebne były delikatne łapki wiewiórki, by codziennie zmieniać opatrunki. Zuzia dzielnie przychodziła do jeżyka, oczyszczała ranę, choć czasami martwiło ją to, że widziała grymas bólu na pyszczku zwierzątka. Zabawiała go rozmową, opowiadała o swoich leśnych przyjaciołach, śpiewała piosenki do snu. Jeżyk zawsze cierpliwie znosił zabiegi, które serwowała mu wiewiórka, mimo tego, że czasami zaciskał zęby z bólu. Wiedział, że potem zawsze przychodziło ukojenie, czuł, że wiewiórka podchodząc każdego dnia bliżej nie przynosiła zagrożenia tylko ulgę. Lubił jej słuchać, nie czuł przy niej lęku, a kiedy jej nie było, odkrywał lekkie kłucie w okolicy serduszka - nauczył się tęsknić za kimś, kto stał się ważny w jego życiu.

Zuzię dziwiło to, że jeżyk nie miał swojego imienia. Nikt nigdy nie nazywał go inaczej jak tylko jeżykiem. Może dlatego, że nigdy z nikim nie rozmawiał dłużej niż małą chwilę, do nikogo się nie zbliżył, wychodził tylko nocą, a w ciągu dnia lubił leżeć zwinięty w kulkę, bo jak mówiła mama, to go chroniło przed innymi zwierzętami. Ale odkrył, że przed Zuzią nie musi i nie chce się chronić, mimo tego, że czyszczenie rany było czasami takie bolesne - zawsze w końcu dawało ulgę. Bardzo lubił słuchać opowieści Zuzi, a ona uwielbiała jego spokój i mądre rady, lubiła przekomarzać się z nim i żartować. [b]Dni mijały, rana się goiła, a zwierzątka uczyły się i odkrywały znaczenie dwóch mądrych słów: cierpliwość i wytrwałość.[/b]

Dzięki tym magicznym słowom Zuzia zrozumiała, co znaczy być wiernym mimo tego, że widzi się cierpienie na twarzy kogoś, kogo się kocha... Jeżyk zrozumiał, że do zbudowania zaufania potrzebne jest odkrycie siebie, że trzeba pozwolić by ten drugi mógł podejść dostatecznie blisko...
dr Agnieszka Kozak
za www.psychologia.net.pl

zuza - Nie 29 Lip, 07 11:12

[b]Rita[/b], ta bajka też jest śliczna daj do myślenia, tak jak ta pierwsza, niby to tylko bajki ale sporo się od nich nauczyłam i zrozumiałam, dziękuję
ada - Czw 06 Gru, 07 13:54

PERłA

Pewien człowiek. Zwyczajny. Jak każdy. Nie wyróżniający się z tłumu wyglądem, siłą, ani intelektem. Szary, standardowy obywatel. Ten człowiek... znalazł kiedyś perłę.
Było to o tyle dziwne zjawisko, że nie był wcale poławiaczem, a znalazł ją, przesiewając dłonią w zamyśleniu złocisty piasek nadmorskiej plaży. Należałoby raczej powiedzieć, że to perła znalazła tego człowieka, a właściwie wybrała go sobie na tego, któremu pozwoliła się odnaleźć i w którego ręce się oddała. Dlaczego to zrobiła? Jaki był powód, że akurat tego wybrała? Nie możemy tego wiedzieć, bo czy ktoś rozumie perły?
Możemy jednak stwierdzic jedno: perły bardzo rzadko zmieniają wybór (chyba, że trafią na poławiacza, bo wtedy nie mają wyboru). Ta perła wybrała swojego znalazcę i nie był on poławiaczem, istniało więc duże prawdopodobieństwo, że będzie mogła cieszyc go swym pięknem bardzo długo. Zalśniła delikatnie w słońcu, jakby na próbę, żeby sprawdzić, jakie wywiera wrażenie.
Człowiek był nią zachwycony. Nigdy nie przypuszczał, że bedzie posiadał taki piękny klejnot. Jej opalizująca delikatnie powierzchnia nie przypominała niczego, co widział do tej pory. Jakiś człowiek przechodził nieopodal i zakrzyknął "dzień dobry". Znalazca nie odpowiedział, tylko obrzucił intruza wrogim spojrzeniem. "Na pewno chce mi odebrać moją perłę". Pomyślał, po czym zamknął w dłoni swój klejnot.
Od tej pory żył w ciągłym strachu, że straci to, co tak nieoczekiwanym zrządzeniem losu uzyskał. Czujnie obserwował wszystkich wokoło i kipiał w nim gniew, gdy tylko ktoś spojrzał na jego perłę. Nie chciał dopuścić do tego, by miała jakąkolwiek okazje wybrania sobie innego własciciela. Zajęty odpędzaniem intruzów przestał zwracać uwagę na jej piękno.
Nie zauważył, że stopniowo zaczęła tracić swój blask. Nadal jednak trwała przy nim w nadziei, że wzbudzi w nim zachwyt choć raz jeszcze. Bo perły, jak zapewne wiecie czerpią energię życiową z podziwu, jakim są darzone przez tych, którzy ich piękno potrafią docenić. Nieszczęsna perła, strzeżona dzień i noc przed wzrokiem ciekawskich, a i przez swego znalazcę już niedoceniana, straciła swój blask. Jej powierzchnia zrobiła się matowa, potem ściemniała, aż zaczęły powstawać na niej rysy i pęknięcia.
Wtedy perła z dużym smutkiem i bólem podjęła decyzję, że odejdzie od swego znalazcy. Nie odeszła jednak dlatego, że przestał o nia dbać, lecz dlatego, że nie potrafiła już wzbudzić w nim zachwytu. Bo perła nigdy nie obarczy winą swego znalazcy. One bardzo rzadko zmieniają wybór. Tego dnia perła zagubiła sie tak samo nagle i niespodziewanie, jak kiedyś się znalazła. Po paru godzinach była już z powrotem w słonych głębinach oceanu, gdzie miała szansę odzyskać chociaż część dawnego blasku.
Tymczasem człowiek dopiero teraz zrozumiał swój błąd. Bo dopiero po stracie potrafimy docenić szczęście, które było naszym udziałem. Rozpaczał on długo po zniknięciu perły i choć codziennie chodził nad brzeg morza przesiewać dłonią piasek, to już nigdy jej nie zobaczył. A perły bardzo rzadko zmieniają wybór. Jednej rzeczy, którą zrozumiał uczył od tamtej pory wszystkich swych synów i wnuków, by nie popełnili oni już nigdy tego błedu.
Pamiętaj, gdy odnajdziesz perłę, nie martw się, że inni na nią patrzą. To Ty ją znalazłeś a perły bardzo rzadko zmieniają wybór.
Dbaj o nią, a ona odwdzięczy ci się swoim blaskiem.
Innych zaś podziw dla niej, niech będzie dla ciebie powodem do dumy, której nie zapomnij okazać. Perła, która wie, że jesteś z niej dumny będzie swym blaskiem przyćmiewała brylanty...

głownie dla facetow zazdrosnikow hihi

arielka - Sob 08 Gru, 07 01:23

[b]ada[/b], piękny tekst....naprawde, dziękuję Ci za niego
joey - Sob 08 Gru, 07 11:59

super,mi tez sie podoba
ada - Sob 08 Gru, 07 20:14

no mi tez, jak go znalazlam od razu musialam go tu zamiescic bo sliczny jest
Rita - Sro 05 Mar, 08 21:10

no to ja też mam fajną bajkę o perle

[b]Wartościowa perła[/b]
Był ciepły słoneczny dzień. W zagłębieniu skały leżała sobie mała ostryga Magda i cichutko chlipała, starając się ukryć wśród kamieni. Było jej smutno i przykro, bo inne ostrygi ciągle naśmiewały się z niej, bo jako jedyna wśród nich nie miała perły. Perła, którą kiedyś nosiła w sobie została jej odebrana, kiedy była mała i bezradna - zabrał ją władca morza na naszyjnik dla swojej córki syrenki. Niestety władca nie pomyślał o tym, że sprawiając radość swojej córce może jednocześnie wyrządzić krzywdę jakiemuś innemu dziecku...

Mała ostryga bardzo starała się nie zważać na drwiny i docinki kolegów. Zawsze była uczynna, zawsze chętna do pomocy, nigdy o nikim źle nie mówiła, bo tego uczyła ją mama. Bardzo chciała przebywać wśród innych ostryg, choć czasami miała poczucie, że do nich nie pasuje... Chcąc się do nich dopasować starała się zgadywać, czego potrzebują, czym może sprawić im przyjemność, co wywoła uśmiech na ich twarzach i sprawi, że poczuje się akceptowana w grupie innych ostryg. Jednak okazywało się, że starania spełzały na niczym, gdy tylko popełniła jakiś błąd, wtedy znowu pojawiały się drwiny i docinki, wtedy znowu czuła się nie na miejscu, niepasująca z powodu braku perły...

Dzisiejsze popołudnie należało właśnie do takich - Madzia zamiast beztrosko bawić się z przyjaciółmi cichutko płakała samotnie. Ukojenie przyniósł ciepły, lekko drżący głos mamy szukającej jej na plaży. Magda opowiedziała o swoim zmartwieniu i powiedziała mamie że jest w stanie zrobić wszystko co tylko jest możliwe by odzyskać perłę, bo dzięki temu inne ostrygi będą chciały z nią przebywać.

- Jest taki sposób - powiedziała mama - ale wymaga on wiele trudu i konieczności zniesienia ogromnego bólu. Żeby w Twoim ciele mogła na nowo zagnieździć się perła trzeba wrzucić w nie bardzo ostry kamień, który dzięki Twojemu cierpieniu zamieni się w perłę. Ale ból będzie paskudny, gdyż najpierw pojawi się w tym miejscu rana, która będzie się oczyszczać i Twoje ciało powoli i mozolnie będzie z niego tworzyło perłę.

Magda chwilę się zawahała - obawiała się bólu, ale wiedziała, że może liczyć na mamę, że ona będzie jej towarzyszyła, że pomoże jej znieść ból. Chęć bycia zaakceptowaną przez rówieśników zwyciężyła lęk przed bólem. Rozpoczął się proces tworzenia perły. Początkowo ból nie był duży, kamień uwierał, ale nie był zbyt uciążliwy. Po kilku tygodniach, gdy zaczął wrastać w małe ciałko stawał się trudny do zniesienia, rana krwawiła, Magda źle się czuła, nie miała siły by się ruszać. Do tego źle wyglądała, gdyż ciągle coś sączyło się z rany i inne ostrygi nie chciały do niej przychodzić. Ukojenie przynosiło ciepło ciała mamy - była przy niej nieustannie. Twarz mamy była ostatnim obrazem, który widziała zamykając oczy i pierwszym, który widziała tuż po przebudzeniu. Mama tuliła ją do snu godzinami, opowiadała cudne historie, które dawały chwile zapomnienia, zabierała ją do tych części morza, w których woda była bardzo zimna i dawała ukojenie zmęczonemu walką małemu ciałku. Perła rosła, a rana się goiła.

Nadszedł upragniony dzień odkrycia perły - była przepiękna - lśniła cudnie w słońcu wypełniona bladoróżowym światłem! Jakże była piękna, jak tańczyły w jej blasku promienie słońca - Madzia aż zaniemówiła z zachwytu! Perła była inna niż perły jej koleżanek - tamte były białe i mniejsze, bo powstały z ziarenek piasku, rosły wraz z ostrygami od dnia ich narodzin. Jej perła miała różową barwę, gdyż wymagała walki z cierpieniem...

Magda z radością pobiegła na plażę pochwalić się swoją perłą - teraz była jak inne ostrygi, miała perłę, teraz na pewno ją przyjmą i zaakceptują.
- Zobaczcie, jestem taka, jak wy, też mam perłę - zawołała zanosząc się z radości.
- Nie jesteś taka jak my, twoja perła jest zupełnie inna, nie widzisz tego?

W pierwszej chwili Madzia zamarła. Jak to? Więc cały ten trud był na marne? Więc mimo posiadania perły nie będzie taka jak inne ostrygi?

I wtedy dotarło do niej, że nie musi się starać być taka jak inne ostrygi - jej największym skarbem i perłą, którą tak naprawdę zawsze miała była ona sama, to właśnie pokazała jej mama. To od niej samej zależy, czy znajdzie miejsce, w którym czuje się ważna, kochana i akceptowana.
Agnieszka Kozak
za http://www.psychologia.ne...l.php?level=329

Strona 2 z 21, 2


Podobne wątki

Archiwum tematów z grup dyskusyjnych • Index
Linki,