Bajka o miłości
Oglądasz wersję archiwalną tematu "Bajka o miłości" z forum www.zaburzenia.pl/forum/
joey - Sro 14 Mar, 07 15:03
nie wiem,może ktoś zna,chciałam wkleic tutaj bo uwielbiam ją
Powiadają, że pewnego razu spotkały się na Ziemi wszystkie uczucia i cechy ludzkich istot. Gdy Znudzenie ostentacyjnie ziewnęło po raz trzeci, Szaleństwo, jak zwykle obłędnie dzikie, zaproponowało: - Pobawmy się w chowanego! Intryga, niezmiernie zaintrygowana, uniosła tylko lekko brwi, a Ciekawość, nie mogąc się powstrzymać, spytała z typowym dla siebie zainteresowaniem: - W chowanego? A co to takiego? - To zabawa - wyjaśniło żywo Szaleństwo - polegająca na tym, iż ja zakryję sobie oczy i powolutku zacznę liczyć do miliona. W międzyczasie wy wszyscy dobrze się schowacie, a gdy skończę liczyć, moim zadaniem będzie was odnaleźć. Pierwsze z was, na którego kryjówkę trafię, zajmie moje miejsce w następnej kolejce. Podekscytowany Entuzjazm zaczął tańczyć w towarzystwie Euforii, Radość podskakiwała tak wesolutko, iż udało się jej przekonać do gry Wątpliwość, a nawet Apatię, której nigdy niczym nie dało się zainteresować. Jednakże nie wszyscy chcieli się przyłączyć. Prawda wolała się nie chować, w końcu i tak zawsze ją odkrywano. Duma stwierdziła, że zabawa jest głupia, ale tak naprawdę w głębi duszy gryzło ją, iż pomysł wyszedł od kogo innego. Tchórzostwo z kolei nie chciało ryzykować. - Raz, dwa, trzy - zaczęło liczyć Szaleństwo. Najszybciej schowało się Lenistwo osuwając się za pierwszy lepszy napotkany kamień. Wiara pofrunęła do nieba, a Zazdrość ukryła się w cieniu Triumfu, który z kolei wspiął się o własnych siłach hen! Na sam szczyt najwyższego drzewa. Wspaniałomyślność długo nie mogła znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca, gdyż wszystkie kryjówki wydawały się jej idealne dla przyjaciół: krystalicznie czyste jezioro było wymarzonym miejscem dla Piękności, dziupla - w sam raz dla Nieśmiałości, motyle skrzydła stworzone dla Zmysłowości, powiew wiatru okazał się natomiast najlepszy dla Wolności. W końcu Wspaniałomyślność schowała się za promyczkiem słońca. Z kolei Egoizm znalazł sobie, jak sądził, wspaniałe miejsce: wygodne i przewiewne, a co najważniejsze - przeznaczone tylko, tylko dla niego. Kłamstwo schowało się na dnie oceanów, a może skłamało i tak naprawdę ukryło się za tęczą? Pasja i Pożądanie w porywie gorących uczuć wskoczyły w sam środek wulkanu. Niestety, wyleciało mi z pamięci, gdzie skryło się Zapomnienie, lecz to przecież mało ważne. Gdy Szaleństwo liczyło dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć - Miłość jeszcze nie zdołała znaleźć sobie odpowiedniego miejsca. W ostatniej chwili odkryła jednak zagajnik dzikich róż i schowała się wśród ich krzaczków. - Milion - krzyknęło na końcu Szaleństwo i dziarsko zabrało się do szukania. Od razu, rzecz jasna, odnalazło schowane parę kroków dalej Lenistwo. Chwilę potem usłyszało Wiarę rozmawiającą w niebie z Panem Bogiem. W ryku wulkanów wyczuło natomiast obecność Pasji i Pożądania. Następnie, przez przypadek, odnalazło Zazdrość, co szybko doprowadziło je do kryjówki Triumfu. Egoizmu nie trzeba było wcale szukać, gdyż jak z procy wyleciał ze swej kryjówki, kiedy okazało się, iż wpakował się w sam środek gniazda dzikich os. Trochę zmęczone szukaniem Szaleństwo przysiadło na chwilę nad stawem i w ten sposób znalazło Piękność. Jeszcze łatwiejsze okazało się odnalezienie Wątpliwości, która, niestety, nie potrafiła się zdecydować, z której strony płotu najlepiej się ukryć. W ten sposób wszyscy zostali znalezieni: Talent wśród świeżych ziół, Smutek - w przepastnej jaskini, a Zapomnienie... cóż, już dawno zapomniało, iż bawi się w chowanego. Do znalezienia pozostała tylko Miłość. Szaleństwo zaglądało za każde drzewko, sprawdzało w każdym strumyczku, a nawet na szczytach gór i już, już miało się poddać, gdy odkryło niewielki różany zagajnik. Patykiem zaczęło odgarniać gałązki... Wtem wszyscy usłyszeli przeraźliwy okrzyk bólu. Stało się prawdziwe nieszczęście! Różane kolce zraniły Miłość w oczy. Szaleństwu zrobiło się niezmiernie przykro, zaczęło prosić, błagać o przebaczenie, aż w końcu poprzysięgło zostać przewodnikiem ślepej z jego winy przyjaciółki. I to właśnie od tamtej pory, od czasu, gdy po raz pierwszy bawiono się na Ziemi w chowanego, Miłość jest ślepa i zawsze towarzyszy jej Szaleństwo.
motyl - Sro 14 Mar, 07 15:07
Swięta prawda,jakie te bajki są mądre.
Literka - Sro 14 Mar, 07 16:13
gdzies to slyszalam;))) i czytalam piekne:)
Enigma - Sro 14 Mar, 07 16:28
ja również gdzieś to czytałam. na jakimś blogu chyba
Arwena - Sro 14 Mar, 07 17:22
ojej, ale fajna ta bajka ktos ma polot do pisania super.
Rita - Nie 22 Kwi, 07 20:37
mam troche takich fajnych bajek,przypowiści, opowiastek z morałem, więc tez się podziele z wami. takie bajki na dobranoc i na dobre życie...
[u][b]sygnał[/b][/u] Po okropnej burzy rozbitek dryfując uczepiony do resztek swej łodzi, dotarł do plaży małej pustynnej wysepki. Wyspa ta to w zasadzie trochę niegościnnych i suchych skał. Rozbitek zaczął usilnie prosić Boga, by go wybawił. Każdego dnia obserwował linię horyzontu w oczekiwaniu na pomoc, ale nikt z nią nie śpieszył. Po kilku dniach poczynił pewne przygotowania. Z niemałym wysiłkiem skonstruował narzędzia do uprawy ziemi oraz do polowania. W pocie czoła wzniecił ogień, zbudował szałas i schron na chwile burzy. Upłynęło kilka miesięcy. Rozbitek nie przestawał się modlić, ale żaden statek nie pokazywał się na horyzoncie. Pewnego dnia niespodziewanie wiatr powiał na ogień i płomienie musnęły maty. W mgnieniu oka wszystko się zapaliło. Chmury gęstego dymu wznosiły się w niebo. Wielomiesięczna praca w krótkiej chwili obróciła się w niewielką kupkę popiołu. Rozbitek, który usiłował cokolwiek ocalić, rzucił się na ziemię, wylewając łzy w piasek: - Panie Boże, dlaczego? Dlaczego właśnie tak się stało? Kilka godzin później duży statek przybił w pobliże wyspy. Ratownicy przypłynęli szalupą, aby zabrać rozbitka. - Skąd dowiedzieliście się, że tu jestem? - spytał rozbitek z niedowierzaniem. - Widzieliśmy sygnały dymne - odpowiedzieli. Twoje dzisiejsze trudności są jak sygnały zapowiadające przyszłe szczęście.
[u][b] gwoździe[/b][/u] Był sobie kiedyś chłopiec o paskudnym charakterze. Jego ojciec dał mu torebkę gwoździ i powiedział, by je wbił w płot ich ogrodu za każdym razem, gdy straci cierpliwość lub będzie chciał kogoś obrazić. Pierwszego dnia chłopiec wbił 37 gwoździ. W następnych tygodniach nauczył się kontrolować siebie i liczba gwoździ wbijanych w płot zmniejszała się z dnia na dzień; w końcu doszedł do wniosku, że łatwiej jest kontrolować siebie, niż wbijać gwoździe. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy chłopiec nie wbił już żadnego gwoździa. Poszedł zatem do ojca i powiedział mu, że tego dnia nie wbił żadnego gwoździa. A ojciec mu powiedział, by teraz wyjął jednego gwoździa za każdym razem, gdy nie stracił cierpliwości. Mijały dni, aż w końcu chłopiec mógł przyjść do ojca i powiedzieć, że wyjął już wszystkie gwoździe. Poszli razem, by to zobaczyć i ojciec powiedział: "Synu, zachowywałeś się dobrze, ale spójrz teraz na te dziury. Ten płot nigdy już nie będzie taki, jak na początku. Kiedy kogoś obrażasz i kiedy mówisz mu coś złośliwego, zostawiasz w nim rany takie, jak tutaj. Możesz komuś wbić nóż w plecy i później go wyjąć, ale zawsze pozostanie rana. Mało ważne jest, jak często będziesz kogoś przepraszał, rana pozostanie. Zranienie słowne robi tyle samo szkód, co zranienie fizyczne.
[b]Wszystkie możliwości[/b] Ojciec obserwował swego syna próbującego unieść ciężki wazon z kwiatami. Maluch wysilał się, sapał, stękał, mruczał coś pod nosem, jednak nie udało mu się przesunąć wazonu nawet o milimetr. Wreszcie zrezygnował. - Czy spróbowałeś już wszystkich możliwości? - zapytał ojciec. - Tak - odparł chłopiec. - Nie, ponieważ nie poprosiłeś mnie o pomoc.
Bruno Ferrero
Miśka - Nie 22 Kwi, 07 20:59
Rita ja tez uwielbiam opowiadania Bruno Ferrero
joey - Nie 22 Kwi, 07 21:37
świetne opowiadania
Rita - Nie 22 Kwi, 07 21:57
[quote="Miśka"]Rita ja tez uwielbiam opowiadania Bruno Ferrero [/quote] ja tez go lubie, mam fajna ksiazke z jego myslami, opowiadaniami-kupilam sobie ostatnio sama pod choinke ZYJ KAżDYM DNIEM, opowiadania na kazdy dzien roku, bardzo gruba i fajna
Miśka - Nie 22 Kwi, 07 22:44
[quote="Rita"]kupilam sobie ostatnio sama pod choinke ZYJ KAżDYM DNIEM, opowiadania na kazdy dzien roku, bardzo gruba i fajna [/quote]
Rita czy Ty aby czegoś nie pomyliłaś.Nie wiem czy mówimy o tej samej książce ale ja mam "Żyć każdym dniem" ale nie napisał jej Bruno Ferrero tylko Phil Bosmans
Rita - Nie 22 Kwi, 07 22:50
[quote="Miśka"]Rita czy Ty aby czegoś nie pomyliłaś.Nie wiem czy mówimy o tej samej książce ale ja mam "Żyć każdym dniem" ale nie napisał jej Bruno Ferrero tylko Phil Bosmans [/quote]
hehe, ups..pomyliły mi sie rzeczywiście książki, a raczej ich autorzy Phila tez lubie
Miśka - Nie 22 Kwi, 07 23:00
Rita widzę że mamy podobny gust. A w Bruno Ferrero zakochałam się niedawno ale też pisze fajne opowiadania. A Phil Bosmans też pisze fajne ksiąźki. Mam nawet kolekcję kilku jego książek w domu "Słoneczne promyki przyjaźni ,radości, miłości itp. Świetne książki - nic dodać nic ująć
Rita - Pon 23 Kwi, 07 08:46
[quote="Miśka"]Rita widzę że mamy podobny gust.[/quote]
no na to chyba wygląda
a to na dzien dobry opowiastka jeszcze [b]Spotkanie[/b] Byłem sam w całym przedziale pociągu. Potem wsiadła jakaś dziewczyna - opowiadał pewien niewidomy hinduski chłopiec. Mężczyzna i kobieta, którzy ją odprowadzali, musieli być jej rodzicami. Dawali jej mnóstwo rad i wskazówek. Nie wiedziałem jak wyglądała dziewczyna, ale podobała mi się barwa jej głosu. "Czy jedzie do Dehra Dun?" pytałem się siebie, kiedy pociąg ruszał ze stacji. Zastanawiałem się, jak mogę nie dać po sobie poznać, że jestem niewidomym. Pomyślałem sobie: "Jeśli nie będę się ruszał z mojego miejsca powinno mi się to udać." - Jadę do Saharanpur - powiedziała. - Tam wyjdzie po mnie moja ciocia. A pan dokąd jedzie, można wiedzieć? - Dehra Dun, a potem do Mussoorie - odpowiedziałem. - O, jaki pan szczęśliwy! Pragnęłabym bardzo pojechać do Mussoorie. Uwielbiam góry. Szczególnie w październiku, kiedy jest tam pięknie. - Tak to najlepszy sezon - odpowiedziałem, sięgając pamięcią do czasów, kiedy jeszcze widziałem. - Wzgórza usłane są dzikimi daliami, słońce jest łągodne, a wieczorem można sobie siedzieć wokół ogniska i rozmyślać popijając brandy. Większa część letników już wtedy odjeżdża, ulice są bezludne i ciche. Milczała, a ja zadawałem sobie pytanie czy moje słowa zrobiły na niej jakieś wrażenie, czy też jedynie myślała, że jestem sentymentalny. Potem popełniłem błąd i zapytałem: - Jak jest na zewnątrz? Ona jednak w moim pytaniu nie zauważyła nic dziwnego. "Czyżby już spostrzegła, że nie widzę?" Jednak słowa, które zaraz po tym wypowiedziała, pozbawiły mnie wszelkich wątpliwości. - Dlaczego pan nie spojrzy w okno? - zapytała mnie z największą naturalnością. Przesunąłem się wzdłuż siedzenia, starając się z uwagą odszukać okno. Było otwarte, odwróciłem się w jego stronę, robiąc wrażenie, że przyglądam się mijanym widokom. Oczami wyobraźni widziałem telegraficzne słupy, które przesuwały się w biegu. - Zauważyła pani - ośmieliłem się powiedzieć - że te drzewa wydają się poruszać? - Zawsze tak się wydaje - odpowiedziała. Odwróciłem się znów w stronę dziewczyny i przez pewien czas siedzieliśmy w milczeniu. Potem powiedziałem - Ma pani bardzo interesującą twarz. Zaśmiała się miło wibrującym i jasnym głosem. - Przyjemnie to usłyszeć - rzekła. - Nudzą mnie ci, którzy mówią, że moja twarz jest ładna! "Musisz mieć naprawdę ładną twarz" pomyślałem sobie, a po chwili dodałem pewnym głosem: - Hm, interesująca twarz może być również bardzo piękna. - Jest pan bardzo miły. - powiedziała. - Ale dlaczego jest pan taki poważny? - Już niedługo będzie pani na miejscu, stwierdziłem dość nieoczekiwanie. - Dzięki Bogu. Nie lubię długich podróży pociągiem. Ja natomiast byłbym gotów siedzieć tak nieskończenie długo, byleby tylko słyszeć jak ona mówi. Jej głos posiadał tak srebrzysty dźwięk jak górski strumień. Zaraz po wyjściu z pociągu zapomni pewnie o naszym spotkaniu; ja jednak zachowam ją w swojej pamięci przez pozostałą cześć podróży a może i dłużej. Pociąg wjechał na stację. Ktoś zawołał i zabrał ze sobą dziewczynę. Pozostał po niej jedynie zapach. Mrucząc coś pod nosem wszedł do przedziału jakiś mężczyzna. Pociąg ruszył ponownie. Odszukałem po omacku okno i usadowiłem się naprzeciwko wpatrując się w światło, które było dla mnie ciemnością. Jeszcze raz mogłem powtórzyć moją grę z nowym towarzyszem podróży. - Szkoda, że nie mogę być tak nęcącym towarzyszem w podróży jak ta dziewczyna, która dopiero wyszła. - powiedział do mnie, starając się nawiązać rozmowę. - To bardzo interesująca dziewczyna - stwierdziłem. - Czy mógłby mi pan powiedzieć... czy jej włosy były długie czy krótkie? - Nie pamiętam. - odpowiedział zdawkowym tonem. - Przyglądałem się jedynie jej oczom a nie włosom. Były rzeczywiście piękne! Szkoda, że nie mogły jej do niczego służyć... Była niewidoma. Nie zauważył pan tego? Dwoje niewidomych ludzi, którzy udają, że widzą. Ileż ludzkich spotkań jest podobnych do tego. Ze strachu, by nie objawić tego, jacy jesteśmy naprawdę. Zaprzepaszczamy nieraz najważniejsze spotkania naszego życia. A niektóre spotkania zdarzają się jedynie raz w życiu.
Arwena - Pon 23 Kwi, 07 09:24
w życiu nie czytałam czegos tak pięknego, są na prawde przepiekne te bajki, czy możesz jeszcze coś dodać??? Bardzo Cię prosze.
Rita - Pon 23 Kwi, 07 22:10
Arwena prosze bardzo..
[u][b]Rozgwiazdy[/b][/u] Straszliwy sztorm rozszalał się na morzu. Ostre podmuchy lodowatego wiatru przeszywały wodę i unosiły ją w olbrzymich falach, które spadały na plażę, niczym uderzenie młota mechanicznego. Gdy burza minęła, tak gwałtownie jak przyszła, woda uspokoiła się i cofnęła. Plaża pokryta była błotem, w którym w agonii zwijały się tysiące rozgwiazd... Zjawisko to przyciągnęło wielu ludzi ze wszystkich stron wybrzeża. Przyjechały nawet ekipy telewizyjne, aby sfilmować to dziwne zjawisko.. Wśród tłumu stało również dziecko, trzymane za rękę przez ojca. Oczyma zasmuconymi wpatrywało się w małe rozgwiazdy. Wszyscy na nie patrzyli, ale nic nie robili. Nagle dziecko puściło rękę ojca, zdjęło buciki i skarpetki, i pobiegło na plażę. Pochyliło się i małymi rączkami wzięło trzy rozgwiazdy, i biegnąc szybko zaniosło je do wody, potem wróciło i zaczęło robić to samo. Zza cementowej balustrady jakiś mężczyzna zawołał: - Co robisz chłopczyku? - Wrzucam do morza rozgwiazdy. W przeciwnym razie wszystkie zginą na plaży. - Tu znajdują się tysiące rozgwiazd, nie możesz uratować ich wszystkich, jest ich zbyt wiele! - zawołał mężczyzna. Dziecko pochyliło się, by wziąć do ręki inną rozgwiazdę i rzucając ją do wody powiedziało: - A jednak, uratowałem tę oto rozgwiazdę. Mężczyzna przez chwilę milczał, potem nachylił się, zdjął buty i skarpety, i zszedł na plażę. Zaczął zbierać rozgwiazdy i wrzucać je do morza. Po chwili to samo zrobiły dwie dziewczyny. Było ich już czworo, wrzucających gwiazdy do wody. Po paru minutach było ich 50, potem 100,200, tysiące osób, które wrzucały rozgwiazdy do morza. W ten sposób uratowano je wszystkie... Wystarczyłoby, aby dla przemiany świata ktoś, nawet mały, miał odwagę rozpocząć... Nie bój się być jedynym, małym chłopcem, który odważył się ratować rozgwiazdy... W życiu masz ogromne pole do popisu... Wykorzystaj to! I pamiętaj, wszystko co wielkie, musi i będzie trudne!, tylko rzeczy małe i liche, są łatwe
joey - Pon 23 Kwi, 07 22:14
ta bajka jest po prostu genialna
Arwena - Pon 23 Kwi, 07 22:26
to mało powiedziane, są super, na prawde dają do myślenia, są takie piękne.
Rita - Czw 26 Kwi, 07 07:16
[u][b]Motyl[/b][/u] Jednego dnia, mały motyl zaczął wykluwać się z kokonu; mężczyzna usiadł i przyglądał się jak motyl przeciska swoje ciało przez ten malutki otwór. I wtedy motyl jakby się zatrzymał. Tak jakby zaszedł tak daleko jak mógł i dalej już nie miał sił. Więc mężczyzna postanowił mu pomóc: wziął nożyczki i rozciął kokon. Motyl wyszedł dalej bez problemu. Miał za to wątłe ciało i bardzo pomarszczone skrzydła. Mężczyzna kontynuował obserwacje, ponieważ spodziewał się, że w każdej chwili skrzydła motyle zaczną grubieć, powiększać się dzięki czemu motyl będzie mógł odlecieć i zacząć żyć. Tak się nie stało! Motyl spędził resztę życia czołgając się po ziemi z mizernym ciałem i pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać. Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie wiedział, że walka motyla z kokonem była bodźcem dla jego skrzydeł i dzięki temu motyl był w stanie latać, gdy tylko pokona opór kokonu. Czasem walka to to, czego nam w życiu potrzeba. Jeśli Bóg pozwala nam iść przez życie bez jakichkolwiek problemów to może to zrobić z nas słabeuszy. Nie bylibyśmy tak silni jak moglibyśmy. Nie być w stanie do latania. Prosiłem o siłę... Bóg dał mi przeciwności losu, aby zrobić mnie silnym. Prosiłem o mądrość... Bóg dał mi problemy do rozwiązania. Prosiłem o dobrobyt... Bóg dał mi mózg i krzepę. Prosiłem o odwagę... Bóg dał mi przeszkody do pokonania. Prosiłem o miłość... Bóg dał mi ludzi w kłopocie, aby im pomóc. Prosiłem o przychylność... Bóg dał mi okazje do wykazania się. "Dostałem nie to co chciałem... Ale dostałem wszystko czego było mi trzeba."
Arwena - Czw 26 Kwi, 07 15:59
znam ta bajke, bardzo fajna, wszystkie sa takie pouczajace, na prawde ekstra, wlasnie o to chodzi zeby dawac do myslenia
Agnes - Czw 26 Kwi, 07 16:01
piekna ta bajka , normalnie sie wzruszyłam..
Literka - Czw 26 Kwi, 07 16:47
Błogosławieństwa miłości
Błogosławieni, którzy zrozumienie okazują wobec moich potykających się nóg i słabej dłoni.
Błogosławieni, którzy rozumieją, że muszę słuch nasilać, aby zrozumieć, co się do mnie mówi.
Błogosławieni, którzy wiedzą, że oczy moje są już słabe, a myśli ciężkie.
Błogosławieni, którzy uśmiechając się ze mną rozmawiają.
Błogosławieni, którzy nigdy nie mówią: "To mi już dzisiaj dwa razy opowiadałeś".
Błogosławieni, którzy rozumieją, że dawne wspomnienia mnie ożywiają.
Błogosławieni, którzy dają mi poznać, że jestem lubiany, szanowany i że nigdy nie pozostanę samotny.
Błogosławieni, którzy dobrocią swoją ułatwiają mi przeżyć dni, jakie mi jeszcze pozostały.
Z Afryki
Rita - Piąt 27 Kwi, 07 09:37
[b]Trzy żaby[/b] Trzy ciekawskie żaby wyszły pewnego dnia ze stawu, w którym zawsze mieszkały i wybrały się na podbój świata. W pobliżu znajdowało się okazałe gospodarstwo rolne. Żaby rozpoczęły swoje odkrywanie świata od ogrodzonego podwórza gospodarstwa. Lecz natychmiast dostrzegły je dwie gęsi, które zadowolone z możliwości odmiany jadłospisu, poczuły ślinkę w dziobach i sycząc rzuciły się w stronę żab. Jednak trzy żaby były zręczne i dzielne - udało im się uciec. Właśnie w tej chwili gospodarz postawił przed drzwiami obory wiadro mleka. Dwa wspaniałe susy i żaby znalazły się w wiadrze. Początkowo pływanie w mleku niesłychanie im się spodobało, lecz wkrótce zaczęły się martwić. Musiały jak najprędzej wyjść! Zdenerwowany gospodarz mógł się z pewnością okazać groźniejszy niż gęsi... Próbowały wiele razy, lecz na próżno - metalowe ścianki wiadra były gładkie i śliskie. Pierwsza żaba była fatalistką. Po kilku nieudanych próbach rzekła: - Nigdy się stąd nie wydostaniemy. To już koniec. - Poddała się i utopiła. Druga żaba przedstawiała typ intelektualistki i miała ogromną teoretyczną wiedzę na temat cieczy, skoków i obowiązujących praw fizycznych. Błyskawicznie dokonała wszelkich obliczeń dotyczących odległości od krawędzi wiadra, jego średnicy, koniecznej siły skoku, paraboli, masy ciała, siły przyciągania ziemskiego, przyspieszenia. Znalazła rozwiązanie i wyskoczyła bardzo energicznie. Lecz... w swoich obliczeniach nie wzięła pod uwagę uchwytu wiadra. Uderzyła się w głowę, straciła przytomność i skończyła marnie na dnie wiadra. Trzecia żaba nawet na chwilę nie przestała pływać i ze wszystkich swych sił starała się nie poddawać. Pod wpływem jej energicznych ruchów mleko zamieniło się w masło, śliskie wprawdzie, lecz dosyć twarde i żabie łatwo udało się wyskoczyć na zewnątrz. Afrykańskie przysłowie mówi: "Każdego ranka w Afryce budzi się lew. Wie, że musi biec szybciej niż gazela aby ją złapać i zabić, albo też zdechnie z głodu. Każdego ranka w Afryce budzi się gazela. Wie, że musi biec szybciej niż lew albo też postrada życie. Każdego ranka, kiedy się budzisz, nie zastanawiaj się czy jesteś lwem czy gazelą, lecz zacznij biec".
Nigdy nie trać nadziei, bez względu na sytuację w jakiej się znalazłeś. Nie poddawaj się, lecz spróbuj znaleźć jakieś wyjście
motyl - Piąt 27 Kwi, 07 11:32
Skacząca Myszka
Dawno temu żyła myszka, która lubiła podskakiwać. A ponieważ podskakiwała bardzo wysoko, najwyżej ze wszystkich myszy, nazywano ją skaczącą myszką. Pewnego dnia nasza myszka będąc na wzgórzu zaczęła podskakiwać. I kiedy udało jej się podskoczyć najwyżej jak potrafiła, nagle zobaczyła rzekę. To było coś niesamowitego. Żadna z myszy nigdy wcześniej nie widziała rzeki. Choć jej cichy szmer od zawsze dochodził do ich uszu, żadna z nich nigdy nie opuściła polany, na której żyły od zawsze. Kiedy skacząca mysz zaczęła opowiadać swoim towarzyszkom o tym co zobaczyła, nie wzbudzało to ich entuzjazmu. "Co, rzeka?" - mówiły - "Mysz utopiła się w rzece". Wszyscy jej znajomi mówili - "Nie idź do rzeki, bo utoniesz, jest niebezpieczna". Ale skacząca myszka powiedziała - "Ja muszę iść do rzeki. To jest najpiękniejsza rzecz jaką widziałam. Muszę tam iść". Rodzina skaczącej myszki mówiła do niej - "Nie, nie idź do rzeki". Wszystkie jej przyjaciółki mówiły do niej - "Nie chodź tam, żadna mysz nie wróciła z wyprawy do rzeki". Ponieważ pragnienie ujrzenia rzeki było tak silne w sercu skaczącej myszki, że musiała iść do niej, z trudem pożegnała się ze swoją rodziną oraz z przyjaciółkami, które kompletnie nie mogły zrozumieć jej decyzji. I zaczęła swoją podróż do rzeki. Była tak podniecona myślą ujrzenia jej, że szybko biegła podskakując radośnie. To była długa podróż. Skacząca myszka nie mogła widzieć celu, do którego zmierzała, ponieważ roślinność była taka wysoka. Mogła tylko słyszeć jej szum. Z każdym dniem jej szum stawał się coraz głośniejszy. W końcu jej dźwięk stał się tak silny, że cała drżała z przerażenia, ale jednocześnie wiedziała, że musi być już bardzo blisko. W końcu rozchyliła ostatnie źdźbła trawy i ujrzała wielką rzekę. Skacząca myszka była tak szczęśliwa. "To jest najpiękniejsze miejsce na ziemi" - wykrzyknęła i skakała z radości podziwiając jej ogrom i wspaniałość. "Istnieje coś piękniejszego" - usłyszała nagle czyjś głos. Przerażona skuliła się i zobaczyła siedzącą opodal na liściu lili ślepą żabę. "Istnieje coś piękniejszego niż rzeka," - powtórzyła żaba - "to góra. Rzeka nie jest już tak wspaniała, jeśli porównać ją z górą za rzeką". Skacząca myszka powiedziała - "Ja nie widzę tu żadnej góry. Skąd mam wiedzieć, że coś tam jest. Przecież ty jesteś ślepa, to skąd możesz wiedzieć, że ona tam jest". Żaba odpowiedziała - "Dlaczego nie podskoczysz i jej nie zobaczysz na własne oczy?" A więc mała myszka zaczęła podskakiwać. Skakać najwyżej jak potrafiła. Ale i tak nie mogła zobaczyć góry. Wtedy żaba powiedziała: "Musisz pozwolić, aby twój skok przeskoczył ciebie. Musisz wyobrazić sobie ten skok zanim go wykonasz." Skacząca myszka posłuchała porady żaby. I skoczyła. Może to to wyobrażenie skoku pomogło jej skoczyć tak wysoko, że przez jeden pozaczasowy moment zobaczyła górę. "O mój Boże, to jest najwspanialsza rzecz jaką kiedykolwiek widziałam. To największa rzecz na ziemi. Muszę iść na tę górę". Ale żaba zapytała ją - "Jak zamierzasz pokonać rzekę?" Skacząca myszka odrzekła: "Znajdę jakiś sposób by pokonać rzekę, znajdę most i przedostanę się przez tę rzekę". Żaba odpowiedziała: "Wzdłóż i wszesz przepłynełam tę rzekę i nigdzie nie ma żadnego mostu". Myszka zapytała: "To jak mogę ją pokonać?" "Ja ci mogę pomóc" - powiedziała żaba - "ale potrzebuję twojego oka, abym mogła widzieć". "Co? Nie oddam ci mojego oka! Nie poświęcę swojego oka. Potrzebuję oczu, abym mogła zobaczyć górę. Nie, nie oddam ci mojego oka" - gwałtownie odparła myszka. Jednak po pewnym czasie, kiedy skacząca myszka nie znalazła żadnego innego sposobu, aby przedostać się przez rzekę, powróciła do żaby i powiedziała: "Dobrze. Oddam ci swoje jedno oko. Poświęcę je" - wyjęła i podała oko żabie. Dzięki niemu żaba mogła widzieć i powiedziała: "Dziękuję ci myszko". Żaba kazała skaczącej myszce wskoczyć na liść lilii i zaczęła popychać go na drugą stronę rzeki, jednocześnie płynąć pod nim. Kiedy przepłynęły na drugą stronę myszka podziękowała żabie za pomoc. Żaba powiedziała jej, że dalej musi iść sama, ponieważ żaby mogą żyć tylko w pobliżu rzeki i to jest wszystko w czym mogła jej pomóc. Skacząca myszka pożegnała żabę i wielce podniecona zaczęła biec w kierunku, gdzie widziała górę, podskakując radośnie. Po wielu dniach wędrówki była już bardzo zmęczona. Szukała jedzenia, którego było coraz mniej, a góra nadal wydawała się być tak daleko. Zmęczenie powodowało, że biegła coraz wolniej. Tak trudno było dostać się na górę. Na początku wydawało się jej, że jest tak blisko celu. Nagle pojawił się cień, cień wielkiego ptaka, który krążył nad nią. Ptak ten zaczął fruwać tuż nad nią, starając się ją złapać. "To musi być orzeł" - pomyślała skacząca myszka - "już chyba nie zobaczę góry" Wracając do naszej myszki, zaczęła ona szybko uciekać klucząc. Orzeł fruwał coraz niżej, prawie dotykając ją swoimi skrzydłami. Drażnił się z nią zbliżając się coraz bliżej za każdym razem. Serce skaczącej myszki biło bardzo szybko dlatego, że już wiedziała, że nie zobaczy góry chyba, że uczyni coś niezwykłego, że stanie się cud. W tym momencie zobaczyła łosia. Łoś spokojnie przeżuwał swój pokarm. Myszka podbiegła do niego i zawołała: - "Łosiu pomóż mi! Orzeł chce mnie pożreć!" Ale łoś odpowiedział: - "Ja jestem ślepy". Skacząca mysz wykrzyknęła: - "Ale ja potrzebuję schronienia przed orłem". "Jak cię mam ochronić skoro jestem ślepy. Oddaj mi swoje oko, abym mógł widzieć i cię ukryć" - odrzekł łoś. "Nie ma mowy. Nie dam ci mojego oka". Jak wtedy mogłabym widzieć górę? - pomyślała mysz. Wtedy łoś powiedział - "Nie mogę ci pomóc jeśli nie widzę". "Ale jak ja się dostanę na górę? Orzeł mnie zje." - powiedziała skacząca mysz. A teraz jestem tu, z tym ślepym łosiem - pomyślała. Długo się zastanawiała. W końcu zaczęła wyjmować swoje oko. Jedyne oko. I dała je łosiowi. Łoś mógł widzieć. "Ale ty jesteś ślepą myszą. Poświęciłaś swoje oko, abym mógł widzieć. Wejdź na mój grzbiet. Przeniosę cię bezpiecznie do góry". Ponieważ łoś biegł bardzo szybko, mysz musiała się go trzymać bardzo mocno. Kiedy łoś zatrzymywał się, aby jeść, pomagał odnaleźć ziarna dla myszy. Tak współpracowali przez kilka dni. A więc skacząca mysz była na grzbiecie łosia i zbliżali się do góry. Byli już bardzo blisko wierzchołka. Mysz nic nie widziała i z ufnością poddawała się niesieniu przez łosia. A on wspinał się po zboczach góry. Ale gdy góra stała się zbyt stroma zatrzymał się i powiedział do myszki. "Dalej już nie mogę iść. Mogę cię doprowadzić tylko do tego punktu". Łoś nie może się wspiąć na sam szczyt. Skacząca mysz zeszła z grzbietu łosia i podziękowała mu. "Nie. To ja dziękuję tobie." - odpowiedział łoś - "Ponieważ ty poszukujesz, ja mogę widzieć". Myszka zapytała: - "Co teraz mam robić, nie widzę gdzie jest szczyt?" Łoś odparł: - "Kieruj się pochyłością zbocza". A więc skacząca mysz zaczęła wspinać się. Często obsuwała się i spadała. Jednak nie poddawała się. Nauczyła się trawersować stromizny. I zaczęła coraz sprawniej wspinać się na górę. Było to bardzo trudne. To był dla niej bardzo ciężki czas. Nie bardzo wiedziała gdzie idzie. Czasami chciała się już poddać. "Ja już nie chcę wspinać się na tę górę! To jest zbyt trudne. Nie mam już siły" - czasami myślała. "Ale nie mam już gdzie indziej iść. Nie widzę. Muszę wspinać się na szczyt". Skacząca mysz wspinała się dalej. Nagle poczuła cień orła. Orła, który zbliżał się do niej. Odczuwała jego grę z nią, zabawę, czuła jak jego pazury zbliżają się i chcą ją porwać. Jej serce znowu zaczęło bić coraz szybciej. Próbowała się ukrywać wspinając na szczyt. Pytała się siebie: - "Czy dotrę na szczyt? Muszę tam dotrzeć!" Zaczęła biec coraz szybciej. Zaczęła odczuwać silny powiew wiatru. Jakby znak, że coś ma nastąpić. Odczuwała, że jest coraz mniej roślinności obok niej. Łatwiej jej było szybciej biec, choć czuła orła coraz bliżej. Nagle mysz, próbując jeszcze raz, doświadczyła, że nie ma już gdzie iść. A wiatr silnie dmuchał. I mysz zdała sobie sprawę, że jest na czubku góry. Nic nie widzi, choć jest na szczycie. W tym momencie, tego uświadomienia sobie, że dotarła na szczyt i jest na czubku góry, orzeł ją porywa. Mysz zaczyna krwawić. A orzeł unosi ją ze szczytu, zaciskając pazury. I w tym momencie mysz otworzyła oczy. Skacząca mysz otworzyła swoje oczy. I była orłem.
Legenga Indiańska
Arwena - Piąt 27 Kwi, 07 12:11
eee nie rozumiem tej bajki
joey - Piąt 27 Kwi, 07 12:25
hmm nie wiedziałam czy sie przyznac czy nie,ale widać nie jestem sama więc powiem,że tez nie bardzo rozumiem to zakończenie
Arwena - Piąt 27 Kwi, 07 13:19
hehe dzięki Ci [b]joey[/b], ja tez sie bałam to napisac bo siara
Rita - Pon 07 Maj, 07 08:57
a tą baje chyba znacie, nawet nie wiem, czy ją gdzieś tu już widziałam na forum, ale teraz nie wiem gdzie?.chyba nic się nie stanie, jak jeszcze raz wkleje.to moja ulubiona bajka
[b]Smutek[/b] Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała: - Kim jesteś? Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały: - Ja? ... Nazywają mnie smutkiem. - Ach! Smutek! - zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego. - Znasz mnie? - zapytał smutek niedowierzająco. - Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce. - Tak sądzisz ...? - zdziwił się smutek - to dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się? - A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny? - Ja ... jestem smutny. - odpowiedział smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. - Smutny jesteś ... - powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową. - A co Cię tak bardzo zasmuciło? Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył. - Ach, ... wiesz ... - zaczął powoli i z namysłem - najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy - I znowu westchnął. - Wiesz ..., ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności. - Masz rację - potwierdziła staruszka - ja też często widuję takich ludzi. Smutek jeszcze bardziej się skurczył. - Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia. Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem. Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie. - Płacz, płacz smutku. - wyszeptała czule. - Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę Ci zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie pokona. Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: - Ale ... ale kim Ty właściwie jesteś? - Ja? - zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko. - JA JESTEM NADZIEJA!
motyl - Pon 07 Maj, 07 09:42
czytałam niedawno tę bajkę jest wspierająca nadzieję zawsze trzeba mieć
zuza - Pon 07 Maj, 07 10:49
[b]Rita[/b], super bajka dzięki
joey - Pon 07 Maj, 07 13:51
[b]Rita[/b], ta bajka jest świetna,fakt juz ja gdzies tu widzialam,ale naprawde warto ją jeszcze raz wkleić
Literka - Pon 07 Maj, 07 17:29
Rita ładna bajka nadzieja to moja siostra )
Rita - Wto 08 Maj, 07 09:00
[quote="Literka"]nadzieja to moja siostra )[/quote]
Literka zazdroszcze takiej siostry
motyl - Wto 08 Maj, 07 11:34
Moja siostra to ciągła Nadzieja,gdybym jej nie miała to ...dobrze że jest,chociaż czasami o niej zapominam
Literka - Wto 08 Maj, 07 17:09
[quote="Rita"]Literka zazdroszcze takiej siostry[/quote]
Rita nie zazdrość tylko też ją masz.. każdy ma taką siostrę
Rita - Wto 08 Maj, 07 17:54
[quote="Literka"][quote="Rita"]Literka zazdroszcze takiej siostry[/quote]
Rita nie zazdrość tylko też ją masz.. każdy ma taką siostrę [/quote]
to dobrze, choć ta moja lubi zabawe w chowanego czasem tak zauważam....
motyl - Sro 09 Maj, 07 11:28
Czasami wydaje nam się, że mieszka w nas dwóch różnych ludzi. Jeden, który wszystko doskonale czyni i tego człowieka prezentujemy światu. Jest też i ten drugi, którego się wstydzimy, i tego ukrywamy. W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie.
Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości czynią go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych. Ktoś, kto jest bezkrytyczny wobec samego siebie, będzie twardy i niezdolny wczuć się w innych. Nie będzie umiał nikogo pocieszyć, dodać odwagi i wybaczyć. Szczęście i przyjaźń tkwią tam, gdzie ludzie są wrażliwi, łagodni i delikatni w słowach, i wzajemnie kontaktach.
Arwena - Sro 09 Maj, 07 21:46
bardzo ładne
motyl - Czw 10 Maj, 07 10:45
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi. Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie i wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Porównując się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie. Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości. Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna; ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu. Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa. Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty. Wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia, ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj. I czy to dla ciebie jest jasne czy nie, wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze. Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek on ci się wydaje. Czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat. Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.
joey - Czw 10 Maj, 07 12:16
[b]motylku[/b], uwielbiam to dyrektorka nam ten tekst przeczytała na auli gdy mielismy zakończenie roku i nas żegnała
motyl - Czw 10 Maj, 07 13:27
To jeszcze coś:
[b]Człowiek jest szczęśliwy wtedy, kiedy nie ugania się za szczęściem jak za motylem, lecz jest wdzięczny za wszystko, co dostaje. Jeśli poszukuje szczęścia zbyt daleko, to ma sytuację podobną jak z okularami. Nie widzi ich, a ma je przecież na nosie. Tak blisko! Jakże możemy być kiedykolwiek szczęśliwi, jeżeli zawsze wszystkiego oczekujemy od innych? Bóg dał każdemu człowieku coś, czym potrafi innych uszczęśliwić!!![/b]
joey - Czw 10 Maj, 07 15:52
zgadzam sie z tym
Miśka - Czw 10 Maj, 07 22:39
[quote="motyl"]Człowiek jest szczęśliwy wtedy, kiedy nie ugania się za szczęściem jak za motylem, lecz jest wdzięczny za wszystko, co dostaje. Jeśli poszukuje szczęścia zbyt daleko, to ma sytuację podobną jak z okularami. Nie widzi ich, a ma je przecież na nosie. Tak blisko! Jakże możemy być kiedykolwiek szczęśliwi, jeżeli zawsze wszystkiego oczekujemy od innych? Bóg dał każdemu człowieku coś, czym potrafi innych uszczęśliwić!!![/quote]
Ten tekst jest jakby napisany dla mnie.Dziekuje motylku
motyl - Piąt 11 Maj, 07 11:34
[b]*~*Bajka o RÓŻY*~* [/b] Zasadził dziadek RÓŻĘ w ogrodzie Inny kwiat rosnąć w nim nie był godzien. Wyrosła RÓŻA smukła i duża, Gotowa wszystko wonią odurzać, Okryta cała liści przepychem, Zwieńczona ciemno-krwawym kielichem, Co się do słońca wdzięcznie otworzył. Dziadek w zachwycie rzekł: Jam cię stworzył, Swoim talentem uczynił piękną, Przy tobie inne RÓŻE ...???... wymiękną ! (Tu mógłbym zwieńczyć wątek tematu, Niestety dziadek zapragnął światu Zaprezentować swą piękną RÓŻĘ, Skoro mam powód - wątek przedłużę). Przesadził dziadek RÓŻĘ z ogrodu (Ze wzmiankowanych wyżej powodów) Do parku, po czym w krzakach ukryty Jął obserwować Świata zachwyty. Wpierw nikt z przechodniów nie dostrzegł RÓŻY. A to ci ślepcy - dziad się oburzył, Lecz czekał dalej aż kwiat ujrzała Pani, co z pieskiem spacerowała. Ta rozpłynęła się w swych zachwytach, Za to jej piesek - skarlały brytan Nogę swą RÓŻY uniósł w salucie, Oddał honory, a potem uciekł. Nim dziadek wyrwał się z osłupienia - Świat jakoś RÓŻY nie chciał doceniać - Zdeptała RÓŻĘ dzieci gromada (Tędy gonitwy tor im przypadał) Przebiegły szybko - jak gromu mgnienie, Z RÓŻY zostało tylko wspomnienie. Jakiś jegomość z ławki pobliskiej Rzekł:Brak tej RÓŻY - dla parku - zyskiem Zresztą, mężowie oraz niewiasty, Większość RÓŻ tutaj to zwykłe chwasty Trzeba by przejrzeć owych RÓŻ dużo By znaleźć RÓŻĘ, która jest RÓŻĄ To koniec bajki, z worka banałów Wyciągam truizm - zamiast morału: Świat, choć z nadzieją w krzakach się skrywasz, Nie zadowoli twych oczekiwań.
[IMG]http://images20.foto...b244m.jpg[/IMG]
Miśka - Piąt 11 Maj, 07 14:34
super opowiadanko motylku-bardzo mi się spodobało
Rita - Sob 12 Maj, 07 10:31
[b]Kobieta[/b] Dawno, dawno temu do pewnego Mistrza przyszedł człowiek i powiedział, że nie może znaleźć dla siebie partnerki, która by mu odpowiadała i którą kochałby do końca życia - A jaka miałaby być ta kobieta? - zapytał Mędrzec Człowiek zastanowił się chwilę, a potem rzekł : - Tęsknię do kobiety mądrej, odpowiedzialnej, szlachetnej, czułej, radosnej, wrażliwej, delikatnej, zmysłowej, zaradnej, silnej, samodzielnej... Która kochałaby mnie do końca życia. Dodał jeszcze kilka równie rzadkich cnót, po czym zapytał mnicha, co ma począć. Mędrzec zajrzał mu głęboko w oczy i powiedział: - Znam absolutnie pewny, lecz bardzo trudny sposób, dzięki któremu spotkasz taką właśnie kobietę. - Jaki to sposób? - zapytał ucieszony człowiek - Jeśli mi go zdradzisz, oddam ci wszystko co posiadam. - Niczego od ciebie nie potrzebuję. - odpowiedział Mistrz - Musisz mi tylko przysiąc, że z niego skorzystasz. Człowiek przysiągł na wszystkie świętości, że zastosuje się do rady Mędrca a kiedy trochę się uspokoił, Mistrz z naciskiem wyszeptał mu do ucha - Jeśli pragniesz spotkać kobietę kochającą, mądrą, odpowiedzialną, szlachetna, radosną, czułą, wrażliwą, delikatną, piękną, silna, zaradną i samodzielną to najpierw sam musisz się takim stać. Tylko w ten sposób ją znajdziesz. A nawet jeśli jej nie spotkasz, nie będzie to już wtedy miało dla ciebie większego znaczenia...
zuza - Sob 12 Maj, 07 10:34
[b]Rita[/b], bardzo fajna bajka i tak pouczająca
Literka - Sob 12 Maj, 07 14:10
Rita czytalam te bajke oj prawdziwa ona!
Rita - Nie 13 Maj, 07 08:40
[b]Mama[/b] Dobry Bóg zdecydował, że stworzy... MATKĘ. Męczył się z tym już od sześciu dni, kiedy pojawił się przed Nim anioł i zapytał: - To na nią tracisz tak dużo czasu, tak? Bóg rzekł: - Owszem, ale czy przeczytałeś dokładnie to zarządzenie? Posłuchaj, ona musi nadawać się do mycia, prania, lecz nie może być z plastiku... powinna składać się ze stu osiemdziesięciu części, z których każda musi być wymienialna... żywić się kawą i resztkami jedzenia z poprzedniego dnia... umieć pocałować w taki sposób, by wyleczyć wszystko, od bolącej skaleczonej nogi aż po złamane serce... no i musi mieć do pracy sześć par rąk. Anioł z niedowierzaniem potrząsnął głową: - Sześć par? - Tak! Ale cała trudność nie polega na rękach - rzekł dobry Bóg. - Najbardziej skomplikowane są trzy pary oczu, które musi posiadać mama. - Tak dużo? Bóg przytaknął: -Jedna para, by widzieć wszystko przez zamknięte drzwi, zamiast pytać: "Dzieci, co tam wyprawiacie?". Druga para ma być umieszczona z tyłu głowy, aby mogła widzieć to, czego nie powinna oglądać, ale o czym koniecznie musi wiedzieć. I jeszcze jedna para, żeby po kryjomu przesłać spojrzenie synowi, który wpadł w tarapaty: "Rozumiem to i kocham cię". - Panie - rzekł anioł, kładąc Boga rękę na ramieniu - połóż się spać. Jutro też jest dzień. - Nie mogę - odparł Bóg - a zresztą już prawie skończyłem. Udało mi się osiągnąć to, że sama zdrowieje, jeśli jest chora, że potrafi przygotować sobotnio-niedzielny obiad na sześć osób z pół kilograma mielonego mięsa oraz jest w stanie utrzyma pod prysznicem dziewięcioletniego chłopca. Anioł powoli obszedł ze wszystkich stron model matki, przyglądając mu się uważnie, a potem westchnął: - Jest zbyt delikatna. - Ale za to jaka odporna! - rzekł z zapałem Pan. - Zupełnie nie masz pojęcia o tym, co potrafi osiągnąć lub wytrzymać taka jedna mama. - Czy umie myśleć? - Nie tylko. Potrafi także zrobić najlepszy użytek z szarych komórek oraz dochodzić do kompromisów. Anioł pokiwał głową, podszedł do modelu matki przesunął palcem po jego policzku. - Tutaj coś przecieka - stwierdził. - Nic tutaj nie przecieka - uciął krótko Pan. - To łza. - A do czego to służy? - Wyraża radość, smutek, rozczarowanie, ból, samotność i dumę. - Jesteś genialny! - zawołał anioł. - Prawdę mówiąc, to nie ja umieściłem tutaj tę łzę - melancholijnie westchnął Bóg. To nie Bóg stworzył łzy. Dlaczego zatem my mielibyśmy to czynić?
Arwena - Nie 13 Maj, 07 11:37
bardzo fajne świetnie się czyta jest jakas stronka z takimi tekstami??
motyl - Pon 14 Maj, 07 12:28
[b]LAZUROWA GROTA[/b]
Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze. Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach. - Ci to mają dobrze - zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku. - Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się... Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!
Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.
- Ach to Ty, Boże - powiedział człowiek, gdy Go zobaczył. - Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.
Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj.
Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
- Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru - powiedział.
Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.
- To są ludzkie krzyże - powiedział Bóg. - Wybierz sobie jaki chcesz.
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać.
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.
Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.
- Wezmę ten! - zawołał i wyszedł z groty.
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.
"Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze w miarę, jak przeżywamy a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia" (Richter).
zuza - Pon 14 Maj, 07 12:31
bardzo ładna bajka
joey - Pon 14 Maj, 07 12:47
i taka prawda cudze wychwalamy a wlasnego nie widzimy i nie doceniamy...
Arwena - Pon 14 Maj, 07 16:09
bajka jest swietna motylku, takie sa najlepsze.
motyl - Wto 15 Maj, 07 10:43
[b]PRZYGODA NA PUSTYNI[/b] Pewien człowiek zabłądził na pustyni i od dwóch dni wędrował wśród nie kończących się, rozgrzanych słońcem piachów. Był już u kresu sił.
Niespodziewanie ujrzał przed sobą sprzedawcę krawatów. Nie miał on przy sobie nic innego - jedynie mnóstwo krawatów. I natychmiast próbował sprzedać jeden z nich człowiekowi umierającemu z pragnienia. Wyczerpanemu i spragnionemu wędrowcy handlarz wydał się szalony:
Czyż ktoś przy zdrowych zmysłach próbowałby sprzedać krawat człowiekowi łaknącemu jedynie wody?
Sprzedawca wzruszył obojętnie ramionami i ruszył w dalszą drogę. Przed zapadnięciem zmroku znużony wędrowiec, już z wielkim trudem poruszający zbolałymi nogami, uniósł głowę i osłupiał: znajdował się przed elegancką restauracją, obok której stał szereg samochodów! Budynek był okazały, a dookoła niego rozciągała się pustynia.
Z trudem dowlókł się do drzwi restauracji i prawie mdlejąc z pragnienia wyszeptał: - Litości, wody! - Przykro mi, proszę pana, - rzekł ze współczuciem uprzejmy szwajcar - nie przyjmujemy gości bez krawatów.
[b]Są osoby przemierzające pustynię swego życia z ogromnym pragnieniem przyjemnych doznań. Za głupców uważają tych, którzy chcą ich zapoznań z Ewangelią. Jest to posłanie zbyt zaskakujące dla ich pustyni! Lecz kiedy zapragną wejść do "Hotelu Pana", zostanie im powiedziane: "Przykro mi, tutaj nie można wstąpić bez odnowionego serca".[/b]
Literka - Wto 29 Maj, 07 19:43
"Spotkanie z miłością
Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą. Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas. Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu. Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy. Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga. W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni. Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną". Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły. Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią. Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści. "I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.
Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł. W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem. Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała. Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy. Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.
Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię. Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować. Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne). Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego. Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".
Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło. Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli. W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.
Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała. Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza. Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów. Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.
Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach. I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.
Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym. Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.
Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.
- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad? Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.
- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza. Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy. Powiedziała, że był to rodzaj próby.
S.I. Kishor
"
[ Dodano: 2007-05-29, 19:53 ]
zuza - Wto 29 Maj, 07 20:03
ładne....
joey - Wto 29 Maj, 07 20:24
super,Literka jak zwykle mądre rzeczy daje
Arwena - Wto 29 Maj, 07 21:20
strasznie mi sie podobało to opowiadanie pierwsze, super, juz myslalam ze to faktycznie ta staruszka
Literka - Sro 30 Maj, 07 11:17
cieszę się że Wam sie podobało )
[ Dodano: 2007-05-30, 16:29 ]
Rita - Sro 30 Maj, 07 17:25
Literka piękna bajka, dziękuje Ci za nią bardzo....
Literka - Sro 30 Maj, 07 17:28
[b]Rita[/b], do usług )) nie ma za co:))
Rita - Czw 31 Maj, 07 16:32
Uwiązany słoń
Kiedy byłem mały, uwielbiałem cyrk, a najbardziej w cyrku podobały mi się zwierzęta. Moją uwagę przyciągał zwłaszcza słoń, który - jak się później okazało - był także ulubieńcem innych dzieci. Podczas przedstawienia to ogromne stworzenie paradowało, prezentując swój niesamowity ciężar, rozmiar i siłę... Ale po przedstawieniu i krótko przed wejściem na scenę słoń zawsze siedział uwiązany jedną nogą do kołka wbitego w ziemię. Jednakże kołek był tylko małym kawałkiem drewna, który tkwił w ziemi zaledwie kilka centymetrów. I chociaż łańcuch był mocny i gruby, wydawało mi się oczywiste, że zwierzę, które jest zdolne wyrwać drzewo z korzeniami, mogłoby z łatwością uwolnić się z kołka i uciec. To oczywista tajemnica. Co go trzyma w takim razie? Czemu nie ucieka? Kiedy miałem pięć czy sześć lat, wierzyłem jeszcze w mądrość dorosłych. Zapytałem więc jednego z nauczycieli, zapytałem ojca i wujka o tajemnicę słonia. Któryś z nich odpowiedział mi, że słoń nie uciekał, bo był tresowany. Wtedy zadałem oczywiste pytanie: "Jeśli jest tresowany, to dlaczego go przywiązują?" Nie pamiętam, abym otrzymał jakąś logiczną odpowiedź. Z czasem zapomniałem o tajemnicy słonia i jego kołku, a powracało ono jedynie wtedy, kiedy spotykałem innych, którzy też kiedyś zadali sobie podobne pytanie. Kilka lat temu odkryłem (na moje szczęście), że był ktoś wystarczająco mądry, aby znaleźć odpowiedź. Słoń nie uciekał z cyrku, gdyż od najmłodszych lat był przywiązywany do różnych kołków. Zamknąłem oczy i w wyobraźni ujrzałem dopiero co narodzonego i bezbronnego słonia, przywiązanego do kołka. Jestem przekonany, że słonik ciągnął, pchał i pocił się, próbując się uwolnić. I mimo że użył wszystkich swoich sił, nie udało mu się, ponieważ wtedy kołek był dla niego za solidny. Wyobraziłem sobie, że zasypiał ze zmęczenia i że następnego dnia próbował znowu, i kolejnego dnia, i kolejnego... Aż nadszedł dzień, który odbił się strasznie na historii słonia, dzień, w którym zwierzę zaakceptowało swoją niemoc i zdało się na swój los. Ten potężny i silny słoń, którego widzimy w cyrku, nie ucieka, ponieważ biedaczysko nie wierzy, że może. Ma w sobie utrwalone wspomnienie niemocy, którą przeżył krótko po przyjściu na świat. I najgorsze jest to, że nigdy więcej nie zakwestionował poważnie tego wspomnienia. Nigdy, nigdy więcej nie starał się ponownie wypróbować swoich sił... Żyjemy w przekonaniu, że "nie możemy" wykonać wielu rzeczy, jedynie dlatego, że pewnego razu, dawno temu, kiedy byliśmy mali, podjęliśmy próbę, która zakończyła się niepowodzeniem. Wówczas zrobiliśmy to samo, co słoń, i zarejestrowaliśmy w naszej pamięci następującą wiadomość: NIE MOGĘ... NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ. Dorastaliśmy, nosząc w sobie zapisaną przez nas samych tę wiadomość, która sprawiła, że nigdy więcej nie spróbowaliśmy uwolnić się z kołka. Czasem, kiedy słyszymy kajdany i dźwięczymy łańcuchami, spoglądamy z ukosa na kołek i myślimy: NIE MOGĘ I NIGDY NIE BĘDĘ MÓGŁ!!! (...) Twoim jedynym sposobem na to, aby dowiedzieć się, czy możesz coś osiągnąć, jest spróbowanie od nowa, w co musisz włożyć całe swoje serce... Jorge Bucay
Arwena - Czw 31 Maj, 07 22:32
świetna bajka, i święta prawda, zawsze trzeba próbować...
Literka - Sob 02 Cze, 07 07:10
Flet i osioł
Na polu leżał porzucony od dłuższego czasu Flet, na którym nikt już nie grał. Aż pewnego dnia przechodzący obok Osioł dmuchnął w niego z całej siły. Wyzwolił dźwięk piękniejszy niż jakiekolwiek inny, który kiedykolwiek słyszał w swoim życiu. I nie tylko w swoim oślim życiu, ale również w życiu Fletu.
Nie mogąc zrozumieć tego, co się stało (obaj nie byli roztropni, a jedynie wierzyli w roztropność) - oddalili się natychmiast od siebie, zawstydzeni tym, co wydarzyło się najpiękniejszego w ich życiu.
A ileż w naszym życiu porzuconych fletów, osłów? Wielu z nas nie poznało nigdy samych siebie, ukrywają kim są, oczekując miłości od innych nieznanych sobie osób, które również chowają się przed samymi sobą. A przecież czasami może jakieś odkrycie, jakaś niespodzianka, jakaś iskra... I wszystko znowu się kończy.
Wszystko dlatego, że brakuje nam odwagi, aby kogoś pokochać. Trzeba mieć jej tyle samo, jak do tego, aby pokochali nas inni.
Autor nieznany
Biedronka
Pewna mała dziewczynka zapragnęła kiedyś znaleźć biedronkę. Zapytała się gdzie może spotkać takie stworzonko. W odpowiedzi usłyszała: "Idź na łąkę dziecko, tam na pewno są biedronki".
Dziewczynka nie zwlekając pobiegła szybko na pobliską polanę. Było na niej morze kwiatów... Pomyślała: "tu znajdę to, czego szukam".
Niestety nigdzie nie było ani jednej biedronki! Po kilku godzinach poszukiwań zrozpaczona dziewczynka wróciła do domu. Usiadła pod drzewem i gorzko zapłakała. Usnęła...
Jakież było jej zdziwienie kiedy się obudziła po jej sukience, rączkach i nóżkach chodziło mnóstwo biedronek...
Tak samo jest z miłością. Nie trzeba jej specjalnie szukać. Ona przyjdzie sama.
Angela
Słowik i Róża (czyli o tym jak dużo kosztuje Miłość...)
- Powiedziała, że będzie ze mną tańczyć, jeśli jej przyniosę czerwoną różę - mówił chłopak - a tu w całym ogrodzie nie ma ani jednej czerwonej róży.
Z gniazdka swojego na dębie słowik usłyszał te słowa i wyjrzał spoza liści zdumiony.
- Ani jednej czerwonej róży w całym ogrodzie! - biadał chłopak, a piękne jego oczy zaszły łzami.
- Ach, od jakichże małych rzeczy zależne jest szczęście ludzkie! Czytałem wszystko, cokolwiek uczeni napisali, przyswoiłem sobie wszystkie tajemnice filozofii, a oto całe moje życie będzie złamane przez brak czerwonej róży.
- Oto nareszcie prawdziwy kochanek - odezwał się słowik.
- Noc po nocy śpiewałem o nim, jakkolwiek go nie znalem; noc po nocy mówiłem o nim gwiazdom, a oto go widzę. Włos ma ciemny jak kwiecie hiacyntu, a usta czerwone jak róża, której pragnie, ale namiętność okryła jego lica bladością kości słoniowej, a troska przyłożyła pieczęć swą na jego czole.
- Książe wydaje bal jutro wieczorem - szeptał chłopak - a moja ukochana też tam będzie. Jeśli jej przyniosę czerwoną różę, będzie ze mną tańczyć aż do świtu. Jeśli jej przyniosę czerwoną różę, będę ją trzymał w swych objęciach, ona oprze główkę na mym ramieniu, a dłoń jej spocznie w mej dłoni. Ale w całym tym ogrodzie nie ma czerwonej róży, wiec będę siedział sam, i ona nie zwróci na mnie uwagi. Przejdzie obok mnie obojętna, i serce mi pęknie z żalu.
- Oto istotnie prawdziwy kochanek - rzekł do siebie słowik. - On przeżywa boleśnie to, o czym ja śpiewam. Co dla mnie jest radością, jemu sprawia ból. Zaiste, miłość jest dziwna, przedziwna. Cenniejsza jest od szmaragdów i droższa od cudnych opali. Nie można jej nabyć za perły i granaty ani tez sprzedać na targu. Nie kupują jej kupcy, i niepodobna jej też wymienić za złoto.
Muzykanci będą siedzieć na swym podwyższeniu - mówił dalej chłopak - i będą grać na świeżo nastrojonych instrumentach, a moja ukochana będzie tańczyć przy dźwięku harf i skrzypiec. Będzie tańczyć tak lekko, że stopy jej zaledwie dotkną ziemi, a dworzanie w świetnych ubiorach będą się cisnąć do niej. Ale ze mną tańczyć nie będzie, ponieważ nie mogę jej dać czerwonej róży. - Rzucił się na trawę i ukrywszy twarz w dłoniach gorzko zapłakał.
- Czemu on płacze? - spytała jaszczurka przebiegając koło niego.
- Tak, dlaczego? - powtórzył motyl, uganiający się za promieniem słońca.
- No, czemu? - szepnęła stokrotka do swej sąsiadki ciągnąć, łagodnym głosem.
- Płacze z powodu czerwonej róży - objaśnił słowik.
-Z powodu czerwonej róży? - krzyknęli. - Jakież to śmieszne!
Słowik jednak zrozumiał powód troski chłopaka i siedząc w swym gniazdku na dębie, w milczeniu rozważał tajemnice miłości. Nagle rozpiął do lotu ciemne skrzydełka i wzbił się w powietrze i poszybował w stronę ogrodu. W pośrodku zielonego gazonu rósł piękny krzew różany, a gdy słowik go ujrzał, przyfrunął ku niemu i usiadł na jednej z gałązek.
- Daj mi czerwona różę - prosił - a zaśpiewam ci najpiękniejsza moja pieśń.
Ale krzew przecząco potrząsnął głową - Moje róże są białe - odparł.
- Idź jednak do mego brata, co rośnie koło starego słonecznego zegara, a może on ci da, czego potrzebujesz.
Wiec słowik frunął w stronę różanego krzewu, który rósł w pobliżu starego zegara słonecznego.
- Daj mi czerwona różę - prosił - a zaśpiewam ci najsłodsza moja pieśń.
Krzew jednak potrząsnął głową. - Moje róże są żółte - odparł. Idź jednak do mego brata, rosnącego pod oknem chłopaka, a może on ci da, czego potrzebujesz.
I słowik frunął w stronę krzewu, co rósł pod oknem studenta. - Daj mi czerwona różę - prosił - a zaśpiewam ci najsłodsza moja pieśń. Krzew jednak potrząsnął głową. - Moje róże są czerwone - odparł - tak czerwone. Ale zima zmroziła mi żyły, mróz zwarzył pączki, a burza połamała gałązki moje, i nie będę mieć róż tego roku.
- Jednej tylko róży czerwonej potrzebuje - prosił słowik - tylko jednej czerwonej róży! Czy w żaden sposób nie mógłbym jej dostać?
- Jest jeden sposób - odparł krzew - ale sposób tak straszny, że nie śmiem ci powiedzieć.
- Powiedz - prosił słowik - ja się nie przerażę.
- Jeśli potrzebujesz czerwonej róży - rzekł krzew - musisz ją wyczarować pieśnią przy świetle księżyca i zabarwić własną krwią serdeczną. Musisz mi śpiewać z piersią wbitą na cierń. Całą noc musisz mi śpiewać, cierń musi się wdzierać w twą pierś, a krew twoja musi wpłynąć w me żyły i stać się moją.
- Życie za jedną czerwoną różę, cena to ogromnie wysoka - zawołał słowik - bo wszyscy bardzo kochają życie. Przyjemnie jest siedzieć wśród zieleni i spoglądać na słońce w rydwanie ze złota i księżyc w rydwanie z pereł. Słodka jest woń głogu i słodki zapach dzwonków, ukrytych w dolinie, i wrzosu, co kwitnie na wzgórzu. Ale miłość lepsza jest od życia, a czymże jest serce ptaka w porównaniu z sercem człowieka?
Słowik rozpostarł do lotu swe ciemne skrzydełka i wzbił się w powietrze. Jak cień przemknął ponad ogrodem i jak cień przeleciał ponad gajem.
Chłopak tymczasem ciągle jeszcze leżał na trawie, jak go był pozostawił, a łzy nie zaschły wcale w jego pięknych oczach.
- Bądź dobrej myśli - zawołał słowik - bądź dobrej myśli, gdyż będziesz miał czerwona różę. Wyczaruje ją pieśnią przy świetle księżyca i zabarwię własną krwią. A w zamian żądam od ciebie tylko tego, abyś był prawdziwym kochankiem, albowiem miłość mędrsza jest od filozofii, pomimo że ta jest tak mądra, i silniejsza od potęgi, mimo że ta jest tak silna.
Chłopak przestał wpatrywać się w trawę i słuchał nie rozumiejąc, co mu słowik mówi, gdyż rozumiał tylko to, co napisane w księgach. Dąb jednak zrozumiał i zasmucił się, będąc szczerze przywiązany do słowika, który usłał gniazdko w jego gałęziach.
- Zaśpiewaj mi ostatnią pieśń - szepnął. - Będzie mi bardzo samotnie po twym odlocie.
Więc słowik począł śpiewać dla dębu, a głos jego był tak piękny jak nigdy dotąd, może dlatego że śpiewał po raz ostatni swemu staremu przyjacielowi.
Gdy skończył swą pieśń, student dźwignął się z trawy i wyjął z kieszeni notes i ołówek.
- Formę opanował - mówił do siebie odchodząc z gaju - tego mu odmówić niepodobna, ale czy ma również uczucie? Obawiam się, że tego mu brak. Nie umiałby się poświęcić dla innych. Myśli tylko o śpiewie, a każdemu wiadomo, że sztuka jest egoistyczna.
Gdy księżyc zaświecił na niebie, słowik przyfrunął do różanego krzewu i pierś przycisnął do cierna. Przez cała noc śpiewał z piersią opartą o cierń, a zimny kryształowy księżyc spłynął na skraj horyzontu i słuchał. Przez cała noc słowik śpiewał, a cierń coraz głębiej wbijał się w jego pierś, z której wraz z krwią uchodziło też życie.
Śpiewał najpierw o narodzinach miłości w sercu młodzieńca i dziewczyny. A na najwyższej gałązeczce różanego krzewu rozkwitała cudowna róża, listek za listeczkiem, w miarę jak pieśń nowa następowała po pieśni przebrzmiałej. Róża była początkowo blada jak mgły wiszące nad rzeka - i srebrna jak skrzydła zmierzchu. Niby cień róży w srebrnym zwierciadle.
Ale krzew nalegał na słowika, aby mocniej przytulił się do ciernia.
- Mocniej się przytul, słowiczku, inaczej dzień nastanie, zanim róża się rozwinie.
Więc słowik mocniej przytulił się do ciernia, a śpiew jego potężniał z każdą chwilą, gdyż śpiewał o narodzinach miłości w duszy mężczyzny i kobiety.
Delikatny cień purpury zabarwił płatki róży. Ale cierń nie dotarł jeszcze do serca, więc i serce róży pozostało białe, bo tylko krew słowika zdolna jest zabarwić purpurą serce róży.
A krzew nalegał na słowika, by się mocniej przytulił do ciernia.
- Mocniej się przytul, słowiczku jeszcze mocniej.
Więc słowik mocniej przytulił się do ciernia, aż cierń dotarł do serca, przeszywając je ostrym bólem. Gorzki, gorzki był ból słowika i coraz mocniejszy jego śpiew, śpiewał bowiem o miłości ukoronowanej śmiercią, o miłości sięgającej poza grób.
I cudowna róża stała się szkarłatna, jak purpura wschodzącego słońca. Szkarłatny był wianek płatków i szkarłatny rubin serca.
Ale głos słowika słabł z każdą chwilą i skrzydełka poczęły trzepotać, a mgła przesłoniła mu oczy. Coraz słabiej brzmiał jego śpiew, a śpiewak coraz wyraźniej czuł, że go coś dusi w krtani.
Wtedy wydobył z siebie melodię najgłębszą. Biały księżyc ją usłyszał i, zapominając o świecie, przystanął na niebie zasłuchany. Czerwona róża usłyszała i cała zadrżała dreszczem ekstazy rozchylając czerwone listeczki na chłód poranka. Echo poniosło pieśń ku swym purpurowym jaskiniom w górach, budząc śpiących pastuchów. Popłynęło ponad trzciny nadbrzeżne, a te poniosły jej zew ku morzu.
- Patrz, patrz - krzyknął krzew - oto róża skończona. Słowik jednak nic już nie odpowiedział, bo leżał martwy w bujnej trawie, z przebitym sercem.
A w południe chłopak otworzył okno i wyjrzał na ogród. - Cóż to! - krzyknął. - Jakiż szczęśliwy traf! Czerwona róża.
Nigdy w życiu nie widziałem podobnej. Jest tak przecudna, Że najpewniej musi mieć długa łacińską nazwę. - I, wychyliwszy się z okna, zerwał kwiat.
Następnie chwycił kapelusz i pobiegł do domu profesora trzymając w ręku czerwoną różę.
Córka profesora siedziała przed domem, zwijając na szpulkę błękitny jedwab, a u nóg jej leżał mały piesek.
- Przyniosłem ci czerwona róże - zawołał chłopak. - Oto róża tak czerwona jak żadna inna na całym świecie. Dziś wieczór będziesz ją nosić przy sercu. Ona ci powie, jak bardzo cię kocham. Czy zatańczysz ze mną?
Ale dziewczyna zmarszczyła brew. - Zdaje mi się, że kolor ten nie będzie się zgadzał z moja toaleta - odparła - zresztą siostrzeniec szambelana przysłał mi prawdziwe klejnoty, a każdy przecież wie, że klejnoty są znacznie droższe od kwiatów.
- Więc to tak! Zaprawdę, jesteś pani bardzo niewdzięczna! - wybuchnął oburzony chłopak. -I rzucił różę na ulice, aż potoczyła się do rynsztoku, gdzie ją zmiażdżyło koło przejeżdżającego właśnie wozu.
- Niewdzięczną! - zawołała dziewczyna.
- Co za brutalność! Zresztą, czym pan jesteś właściwie. Zwykłym studentem. Ba, wątpię nawet, czy masz srebrne sprzączki przy trzewikach jak siostrzeniec szambelana. - Rzekłszy to, zerwała się z krzesła i weszła do mieszkania.
- Cóż za idiotyzm ta miłość - mówił do siebie chłopak wracając do domu.
Oskar Wilde
[ Dodano: 2007-06-02, 07:12 ]
Arwena - Nie 03 Cze, 07 20:32
o masakra... najdłuższy post jaki w życiu widziałam hehe
Literka - Pon 04 Cze, 07 13:54
ops przepraszam... wkleilam kilka ....
joey - Pon 04 Cze, 07 13:58
dobrze jest Literka
Literka - Pon 04 Cze, 07 13:59
oby nam tej milosci nie zabraklo oby
motyl - Wto 05 Cze, 07 10:04
"CEGŁA"
Młody odnoszący sukces kierownik jechał sąsiednią ulicą, jadąc odrobinę za szybko swoim nowym Jaguarem. Uważał na dzieciaki wyskakujące zza zaparkowanych samochodów i zwalniał jak tylko mu się wydawało, że coś zobaczył.Auto przejechało,żadne dziecko się nie pojawiło. Zamiast tego, cegła uderzyła w boczne drzwi Jaguara. Dał po hamulcach i zawrócił Jaguara do miejsca z którego rzucono cegłę. Zezłoszczony kierowca wyskoczył z samochodu, złapał najbliższego dzieciaka i pchnął go na zaparkowany samochód krzycząc: -Co to było i kim Ty jesteś?....I co do licha robisz. To jest nowym samochód, a ta rzucona cegła będzie Cię kosztować kupę kasy!!....Dlaczego to zrobiłeś?? Młody chłopak bronił się: -Proszę Pana...Proszę, Przepraszam, ale nie wiedziałem, co innego mogę zrobić-błagał. Rzuciłem cegłą, bo nikt inny by się nie zatrzymał... Zez łzami spływającymi po twarzy i po brodzie chłopaczek wskazał na miejsce obok zaparkowanego samochodu. -To jest mój brat-powiedział. Zjechał z krawężnika i spadł z wózka inwalidzkiego, a ja nie potrafię go podnieść.... Teraz szlochając chłopiec poprosił oszołomionego kierowcę: -Czy mógłby Pan mi pomóc podnieść Go na wózek?? Jest poraniony i za ciężki dla mnie... Poruszony kierowca próbował przełknąć gwałtownie pojawiającą się kluskę w gardle. Szybko podniósł chłopca na wózek, potem wyciągnął chusteczki i oczyścił ranki i przecięcia. -Dziękuję i niech Cię Bóg błogosławi-wdzięczne dziecko odpowiedziało nieznajomemu. Zbyt zszokowany aby powiedzieć słowo mężczyzna po prostu patrzył jak chłopiec popychał swojego przywiązanego do wózka brata w kierunku domu...To był długi i wolny spacer z powrotem do Jaguara... Uszkodzenie było bardzo widoczne, ale mężczyzna nigdy nie zajął się naprawieniem uszkodzonych drzwi...Zostawił je w takim stanie aby przypominały mu wiadomość...
[b]"Nie idź przez życie tak szybko, aby ktoś musiał rzucać w Ciebie cegłą, by zwrócić na siebie Twoją uwagę".[/b]
Arwena - Wto 05 Cze, 07 16:05
piękna bajka, chce mi się płakać jak ją czytam
Literka - Sro 06 Cze, 07 22:17
o tak..podoba mi sie )
Rita - Pon 18 Cze, 07 07:46
HISTORIA PEWNEGO OŁOWKA ¨Chłopiec patrzył, jak babcia pisze list. W pewnej chwili zapytał - Piszesz o tym, co ci sie przytrafiło?A może o mnie? Babcia przerwała pisanie, uśmiechnęła się i odpowiedziała - To prawda, piszę o tobie, ale ważniejsze od tego, co piszę, jest ołówek, którym piszę. Chcę ci go dać, gdy dorośniesz. Chłopiec z zaciekawieniem spojrzał na ołówek, ale nie zauważył w nim nic szczególnego. -Przecież on niczym się nie różni od innych ołówków, które widziałem! -Wszystko zależy od tego, jak na niego spojrzysz. Wiąże się z nim pięć ważnych cech i jeśli je będziesz odpowiednio pielęgnował, zawsze będziesz żył w zgodzie ze światem. PIERWSZA CECHA - możesz dokonać wielkich rzeczy, ale nigdy nie zapominaj, że istnieje dłoń, która kieruje twoimi krokami. Ta dłoń to Bóg i to on prowadzi cięze swoją wolą. DRUGA CECHA - czasem muszę przerwać pisanie i użyć temperówki. Ołówek trochę z tego powodu ucierpi, ale potem będzie miał ostrzejszą końcówkę. Dlatego naucz się znosić cierpienie, bo dzięki niemu wyrośniesz na dobrego człowieka. TRZECIA CECHA - używając ołówka, zawsze możemy poprawić błąd za pomocą gumki. Zapamiętaj, że poprawianie nie jest czymś złym, przeciwnie, jest bardzo ważne, bo gwarantuje uczciwe postępowanie. CZWARTA CECHA - w ołówku nieważna jest drewniana otoczka, ale grafit w środku.Dlatego zawsze wsłuchuj się w to, co dzieje się w tobie. Wreszcie PIATA CECHA - ołówek zawsze pozostawia ślad.Pamiętaj, że wszystko, co uczynisz w życiu, zostawi jakiś ślad.Dlatego miej świadomość tego, co robisz. Paulo Coelho - Być jak płynąca rzeka
zuza - Pon 18 Cze, 07 11:02
[b]Rita[/b], bardzo ładne
nic - Pon 18 Cze, 07 15:03
to naprawdę ciekawy pisarz.. Rita, świetny ten fragment
Miśka - Pon 18 Cze, 07 17:41
[b]nic[/b] to jeden z mich ulubionych pisarzy - flamandzki ksiądz ale przyznam szczerze że tego opowiadania nie czytałam jeszcze.Po prostu jest piekne- a jaka ma wymowe
Podobne wątki
Wasza Pierwsza Miłość Miłość, kłamstwa i GG nagonka na chorych? Viva Masa linków do ciekawych stron :) LINE UP - kogo chcielibyscie uslyszec? I Liga Juniorów Młodszych 2009 Utrzymanie Straży Leśnej w nadleśnictwie LOST HIGHWAY CLUB / KRAKÓW Władcy nocy Alkoholizm Jak Myslice Raków Awansuje do I Ligi ?? religia [Police] SPPK Sparingi Sparingi...Tylko juniorów młodszych:D
Archiwum tematów z grup dyskusyjnych Index Linki,
|
|